Tak sobie czasami rozmyślam… Gdyby pewnego dnia przyszedł do mnie Diabeł i powiedział: „Hallo, Tito (w wersji polskiej: «Cześć, Cycu»; w hiszpańskiej: «Hola, Mama»). Mam dla ciebie propozycję. Odtąd wszystkie twoje sny staną się rzeczywistością - pod jednym warunkiem: wszystkie koszmary też będą realne”, jaka byłaby moja reakcja po oczywistym: „No, wreszcie przychodzi do mnie ktoś godny zaufania”? Na podstawie ostatnich obserwacji wychodzi mi na to, że warto byłoby uścisnąć sobie z Szatanem dłonie, po czym niezwłocznie zacząć modlić się do opozycji, żeby sen erotyczny przyszedł przed zmorą zakończoną moją (lub bohaterki fantazji) śmiercią.
Lubię życie w marzeniach. W marzeniach też zdarzają się zawody i katastrofy, ale znajdują się pod moją kontrolą (z wyjątkiem snów właśnie). Dopuszczam do tragedii tylko wtedy, jeśli uznam, że w rozrachunku wyjdę na tym korzystnie albo mam akurat kaprys utrudniania sobie bytowania. Do tego, że zazwyczaj nasze losy toczą się jednak pod dyktando przypadku, nie muszę przekonywać szczególnie sugestywnie, bo pewnie znajdę wielu sprzymierzeńców i bez tego. Ostatnio pracuję nad teorią (czytaj: myśl sama do mnie przyszła), że nieświadomie spędzamy swoje życia głównie z osobami nazwanymi na literę z naszej części alfabetu. Jest to hipoteza w wersji roboczej (i prawdopodobnie tak już zostanie), a została wysunięta na podstawie obserwacji grup rówieśniczych (brzmi prawie jak „grupa kontrolna” - tj. dostatecznie naukowo) w szkole i na studiach. Rozwinięcie koncepcji pozostawiam tym, którzy mają skrzywienie jeszcze dorodniejsze niż ja przy wymyślaniu tych założeń. Ale nie zdziw się, przysłowiowy Stefanie Żeliszewski, jeśli któregoś dnia przy ołtarzu spotkasz archetypiczną Antonię Załęcką (czy też Antoniego Załęckiego, bo homofobem nie jestem - homofony, homonimy i serki homogenizowane wszakże cenię i konsumuję), a wtedy na poetyckie: „czy to jest miłość czy to jest nazwisko?” może być za późno.
Obejrzałem ostatnio na stronie godnej uwagi nie mniej interesujące wystąpienie psychologa Barry'ego Schwartza na temat wyboru. W swoim krótkim wykładzie badacz przekonuje, że zbyt rozległy zakres alternatyw wpływa negatywnie na nasze samopoczucie. Bierze się to z podstawowej tendencji ludzkiej natury - uwielbienia gdybania. Tak to już z nami jest, że rzadko jesteśmy w pełni usatysfakcjonowani, bo gdzieś w głowie wierci się myśl, że mogłoby być lepiej. Jeśli niedoskonałości naszego wyboru nie możemy łatwo zrzucić na czynniki zewnętrzne, to zaczynamy winić siebie. Dla dobra własnej psychiki, mimo wszystko lepiej widzieć swoje niepowodzenie jako niezawinione i uwarunkowane przez niewidzialne „coś”. Możliwości, które otwiera przed nami tzw. wolny wybór są tak samo błogosławieństwem jak i przekleństwem. Nie tylko ze względów wspomnianych przez naukowca. W moim widzeniu, mnogość decyzji, jaką możemy podjąć każdego dnia, tworzy przed nami złudzenie - iluzję tego, że jesteśmy istotni, możemy wpływać na procesy, na które nasze oddziaływanie jest w rzeczywistości marginalne. Coraz więcej ludzi przypisuje sobie zawyżoną rolę, zamiast pokornie stanąć w szeregu z resztą planktonu. Tworzą się stowarzyszenia „ważnych”, które występują przeciwko sobie. I mało kto zauważa (a ten kto widzi jest prawie zawsze niesłyszalny), że stanowczo za często rozgrywka toczy się o wielkie, opasłe NIC. Ściślej, ulegamy naszemu drugiemu wielkiemu instynktowi - walce. Kiedy łatwiej (przynajmniej w naszej części świata) o klasyczne przetrwanie, należy znaleźć batalię zastępczą. Ale nie w walce tkwi klucz do samorealizacji. Jak proponuje Schwartz: tajemnica szczęśliwości, to mieć niskie oczekiwania. Dlatego moim jedynym życzeniem jest: błagam, sen erotyczny, a później niech się dzieje wola nieba!
Lubię życie w marzeniach. W marzeniach też zdarzają się zawody i katastrofy, ale znajdują się pod moją kontrolą (z wyjątkiem snów właśnie). Dopuszczam do tragedii tylko wtedy, jeśli uznam, że w rozrachunku wyjdę na tym korzystnie albo mam akurat kaprys utrudniania sobie bytowania. Do tego, że zazwyczaj nasze losy toczą się jednak pod dyktando przypadku, nie muszę przekonywać szczególnie sugestywnie, bo pewnie znajdę wielu sprzymierzeńców i bez tego. Ostatnio pracuję nad teorią (czytaj: myśl sama do mnie przyszła), że nieświadomie spędzamy swoje życia głównie z osobami nazwanymi na literę z naszej części alfabetu. Jest to hipoteza w wersji roboczej (i prawdopodobnie tak już zostanie), a została wysunięta na podstawie obserwacji grup rówieśniczych (brzmi prawie jak „grupa kontrolna” - tj. dostatecznie naukowo) w szkole i na studiach. Rozwinięcie koncepcji pozostawiam tym, którzy mają skrzywienie jeszcze dorodniejsze niż ja przy wymyślaniu tych założeń. Ale nie zdziw się, przysłowiowy Stefanie Żeliszewski, jeśli któregoś dnia przy ołtarzu spotkasz archetypiczną Antonię Załęcką (czy też Antoniego Załęckiego, bo homofobem nie jestem - homofony, homonimy i serki homogenizowane wszakże cenię i konsumuję), a wtedy na poetyckie: „czy to jest miłość czy to jest nazwisko?” może być za późno.
Obejrzałem ostatnio na stronie godnej uwagi nie mniej interesujące wystąpienie psychologa Barry'ego Schwartza na temat wyboru. W swoim krótkim wykładzie badacz przekonuje, że zbyt rozległy zakres alternatyw wpływa negatywnie na nasze samopoczucie. Bierze się to z podstawowej tendencji ludzkiej natury - uwielbienia gdybania. Tak to już z nami jest, że rzadko jesteśmy w pełni usatysfakcjonowani, bo gdzieś w głowie wierci się myśl, że mogłoby być lepiej. Jeśli niedoskonałości naszego wyboru nie możemy łatwo zrzucić na czynniki zewnętrzne, to zaczynamy winić siebie. Dla dobra własnej psychiki, mimo wszystko lepiej widzieć swoje niepowodzenie jako niezawinione i uwarunkowane przez niewidzialne „coś”. Możliwości, które otwiera przed nami tzw. wolny wybór są tak samo błogosławieństwem jak i przekleństwem. Nie tylko ze względów wspomnianych przez naukowca. W moim widzeniu, mnogość decyzji, jaką możemy podjąć każdego dnia, tworzy przed nami złudzenie - iluzję tego, że jesteśmy istotni, możemy wpływać na procesy, na które nasze oddziaływanie jest w rzeczywistości marginalne. Coraz więcej ludzi przypisuje sobie zawyżoną rolę, zamiast pokornie stanąć w szeregu z resztą planktonu. Tworzą się stowarzyszenia „ważnych”, które występują przeciwko sobie. I mało kto zauważa (a ten kto widzi jest prawie zawsze niesłyszalny), że stanowczo za często rozgrywka toczy się o wielkie, opasłe NIC. Ściślej, ulegamy naszemu drugiemu wielkiemu instynktowi - walce. Kiedy łatwiej (przynajmniej w naszej części świata) o klasyczne przetrwanie, należy znaleźć batalię zastępczą. Ale nie w walce tkwi klucz do samorealizacji. Jak proponuje Schwartz: tajemnica szczęśliwości, to mieć niskie oczekiwania. Dlatego moim jedynym życzeniem jest: błagam, sen erotyczny, a później niech się dzieje wola nieba!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz