Trzymanie się prostych zasad powinno być proste. Ale zawsze coś staje na drodze. Wydaje się oczywiste i intuicyjne, że miejsce, w którym się przebywa warunkuje działania. Teraz, na przykład, ciężko mi pisać, bo wokół cały czas ktoś się krząta, a ktoś inny próbuje nawiązać cholerny dialog. Dla dobra koncentracji powinienem usiąść gdzieś na polanie przy lesie i uważać tylko na zaskrońca, który w tyłek capnąć może. Przynajmniej nie trzeba zabawiać go słowami. A jednak piszę tutaj. Jest to dowodem na to, że miejsce może próbować narzucić wzór zachowania, ale ludzie to istoty, które jeszcze chętniej niż pod presją okoliczności uginają się pod naciskiem nawyków. Do pisania - głupiego i niepotrzebnego, głupiego i potrzebnego, głupiego i nieokreślonego - po prostu się przyzwyczaiłem. Do sytuacji, w której o tematy, warunki i inne składowe nie jest łatwo staram się zaadaptować. Nawet w pozornej bezcelowości można widzieć dalekosiężne plany, a ja się tej wizji oddaję. Żeby kiedyś napisać coś w najmniejszym stopniu znośnego, wiele lat trzeba grafomanić, choćby po to, żeby w głowie zakodować formy niepożądane i wyczerpać tematy wdzięczne, aczkolwiek nieprzydatne. Jeśli nie teraz poświęcić się błahostkom w lekkiej szacie, to kiedy? Za kilka lat to samo ecie-pecie trzeba będzie ubrać w garnitur powagi i sprzedawać jako treść nie tylko dobrze zredagowana, ale i istotna. Zachowanie szczerości i otwartości jest dozwolone tylko do pewnej chwili, a i wtedy niepożądane. Mimo wszystko lepiej zachować dystans do przedmiotu i do siebie, tak żeby ktoś nie pomyślał, że nas rozgryzł, zanim zaczęliśmy adresować do niego teksty z premedytacją, a nie przez przypadek. Przeto muszę przyznać szczerze, że zupełnej szczerości na blogu nie ma i nie będzie.
Zaczyna się sezon piłkarski - kolejny. Futbol oglądam nadal, w mniejszych ilościach, bo bardziej z przyzwyczajenia niż aktualnego zainteresowania. Najgorzej przyłożyć do piłki racjonalną miarę (to nie jedyna dziedzina, która w tym spotkaniu traci). Spędzanie kilkanastu godzin każdego tygodnia na bierne obserwowanie dwudziestu paru chłopa w pogoni za łaciatą, przypatrywanie się ich tak samo teatralnym jak żałosnym gestom, samo w sobie sprawia wrażenie godnego ubolewania. Nawyk wyplenić atoli nie tak łatwo (chociaż w tym zdaniu prawie udało się odgonić tendencję do nadużywania swojskiego „jednak”). Futbol pewnie przy mnie, w większym lub mniejszym nasileniu, pozostanie. I niech tam sobie będzie. Na upartego można nakreślić paralelę pomiędzy kopaniną, a znacznie mi obecnie bliższą sztuką. I jedno i drugie to głupstwa, które pomagają zjednoczyć się: (w przypadku sztuki) odbiorcy indywidualnie z indywiduum (twórcą) lub (w przypadku piłki) grupowo (kibice) z grupą (drużyną). Cóż, obecne orbitowanie moich myśli wokół sztuki pewnie o czymś świadczy.
Patrząc na popularność wielkich wydarzeń piłkarskich (i szerzej: sportowych), ogółowi ludzi jednak bliżej do szukania grupy niż jednostki. Mam z tym jeden problem, a zjednoczenie narodowe wokół reprezentacji podczas Euro i drużyny siatkarzy na igrzyskach jako dwa ilustrujące przykłady z brzegu. Atmosfera święta podczas turnieju. Tłumy, dla których piłka na co dzień nie znaczy prawie nic. Do tego punktu - brak zarzutów. Nie o fałszywe umiłowanie sportu mi tutaj chodzi, bo ludzie, którzy identyfikują się wtedy z reprezentacją nie deklarują przywiązania do dyscypliny, raczej lubią ideę wspierania swoich reprezentantów - podobnie jak wspieramy rodzinę, przyjaciół, różnicą jest tylko skala wydarzenia. Elementem, który kłóci się w tym wypadku z moim widzeniem świata jest kontrast pomiędzy wydarzeniem a codziennością. Wszyscy zapominają na chwilę o smutkach, bawią się na ulicach, żyją miesiąc w utopii. To mi doskwiera. Nie radość. Boli to, że osoby, które sprzeciwiają się, próbują zmienić rzeczywistość każdego dnia są w powszechnej świadomości niegroźnymi wariatami skazanymi na niepowodzenie. Nie może im się udać również ze względu na obojętność reszty. Tymczasem, jeżeli można przez miesiąc poczuć się wyjątkowo, po czym na następne lata do starego gówna wrócić i gnuśnieć mamy euforię narodową, a ludzie, którzy oddają się tej samej ułudzie są naszymi braćmi. Może to podejście konserwatywne i niepopularne w czasach wstrząsanych przez rewolucje, ale rozsądniej wydaje mi się wprowadzać zmiany organicznie niż przechodzić od uniesienia do przygnębienia.
Ale żeby nie było mi za dobrze z tym poczuciem wyższości nad ciemnym ludem (bo to ostatnie, czego chcę), postawiłem sobie pytania: może to nie ci ludzie są kolektywnie stuknięci, tylko ja nazbyt indywidualistyczny? Może tego nie czuję, bom szczelnie zamknięty w skorupie? I na razie te pytania spełniają swoją rolę, to znaczy trzymają mnie na bezpieczny dystans od przekonania o własnej supremacji. Będę na nie szukał odpowiedzi, ale nie liczę, że znajdę, bo to odwieczna wątpliwość. Ja czy my? Ciężko jest nam dojść do porozumienia na poziomie gatunku, chociaż debata toczy się nieprzerwanie od kilkuset lat. Niektórzy twierdzą, że demokracja to koniec drogi, na której pokonaliśmy liczne przeszkody - komunizmy i inne faszyzmy. A mnie się wydaje lekkomyślne wierzyć, że wypracowaliśmy ostateczny model, najlepszy dostępny dla naszego gatunku. Prawa demokracja ze sprawiedliwym kapitalizmem ujawniają skazy. Jeżeli przetrwanie w kapitalizmie wiąże się z przedsiębiorczością - umiejętnością radzenia sobie na wolnym rynku, to wiadomo, że osoby, które nie potrafią tego obszaru okiełznać będą rozczarowane i nie zadowolą się hasłami o wolności jednostki zapewnianej przez ustrój. A pakowana do głów przez ostatnie dziesięciolecia wizja człowieka szczęśliwego jako tego, który ma siłę nabywczą i może sobie pozwolić na kąpiele w szampanie, kiedy niektórym brakuje na podstawowe rachunki (żeby nie bawić się skrajną retoryką o przymieraniu z głodu, bo wiele wskazuje, że to w naszej części świata na szczęście coraz rzadsze), tylko potęguje rozczarowanie mas. Do wielu ludzi niespodziewanie dotarła ta świadomość - nadal należą do masy. Za komuny była to masa równych z grupką równiejszych, teraz grono równiejszych spęczniało i ma na nas być może jeszcze większy wpływ niż reżim totalitarny - potrafi tylko to oddziaływanie umiejętnie maskować, przykrywać demokracyjnymi przywilejami. W ramach ciekawostki, luźno połączonej z akapitem: co wie o nas operator telekomunikacyjny?
Otoczeni faktami o niewielkiej wartości wewnętrznej i tysiącami opinii - jeśli nie podejmiemy wysiłku ich starannego przemyślenia - gubimy się. Przytłoczeni, coraz trudniej nam uwierzyć, że istnieje coś takiego jak prawda absolutna. Zaczynamy mierzyć prawdę kryteriami upodobań, a jak z nimi jest, trafnie podsumowała (pewnie nieświadomie) prośbą o ocenę kupionego niedawno dywanu moja babcia: „Mam trochę gustu według waszego?”. Każdy wygłasza swoje racje, nawet jeżeli racji ewidentnie nie ma. I jeszcze istnieje niepisany obowiązek ich uszanowania. No, chyba że ktoś mówi rzeczy dla nas niewygodne, które są bardziej niebezpieczne od zwykłego pitolenia - tego tolerować już nie można. Nie zdziwię się, gdy któregoś dnia usłyszę: „to prawda, ale ja się nie zgodzę” i nie zaskoczy mnie też, jeśli ktoś już te słowa wypowiedział. Zgodność z rzeczywistością mniej ważna, bardziej istotne, co nam z twierdzenia przyjdzie. Dlatego nie zdumiewa mnie również, że wydarzenia sportowe wywołują w nas tak silne reakcje. Nie musimy nawet udawać, że interesują nas fakty, oddajemy się z pełnym przyzwoleniem osób towarzyszących emocjom. Nieważne, że faktycznie jesteśmy wobec siebie obojętni, liczy się iluzja bycia razem podmalowana przez emocje. Jeśli to, co przedstawiłem nie ma sensu, to może z praktyką, za kilka lat zacznę tworzyć teksty mądrzejsze. A może po prostu opisane zachowanie sensu nigdy nie miało, nie ma i mieć nie będzie?
Zaczyna się sezon piłkarski - kolejny. Futbol oglądam nadal, w mniejszych ilościach, bo bardziej z przyzwyczajenia niż aktualnego zainteresowania. Najgorzej przyłożyć do piłki racjonalną miarę (to nie jedyna dziedzina, która w tym spotkaniu traci). Spędzanie kilkanastu godzin każdego tygodnia na bierne obserwowanie dwudziestu paru chłopa w pogoni za łaciatą, przypatrywanie się ich tak samo teatralnym jak żałosnym gestom, samo w sobie sprawia wrażenie godnego ubolewania. Nawyk wyplenić atoli nie tak łatwo (chociaż w tym zdaniu prawie udało się odgonić tendencję do nadużywania swojskiego „jednak”). Futbol pewnie przy mnie, w większym lub mniejszym nasileniu, pozostanie. I niech tam sobie będzie. Na upartego można nakreślić paralelę pomiędzy kopaniną, a znacznie mi obecnie bliższą sztuką. I jedno i drugie to głupstwa, które pomagają zjednoczyć się: (w przypadku sztuki) odbiorcy indywidualnie z indywiduum (twórcą) lub (w przypadku piłki) grupowo (kibice) z grupą (drużyną). Cóż, obecne orbitowanie moich myśli wokół sztuki pewnie o czymś świadczy.
Patrząc na popularność wielkich wydarzeń piłkarskich (i szerzej: sportowych), ogółowi ludzi jednak bliżej do szukania grupy niż jednostki. Mam z tym jeden problem, a zjednoczenie narodowe wokół reprezentacji podczas Euro i drużyny siatkarzy na igrzyskach jako dwa ilustrujące przykłady z brzegu. Atmosfera święta podczas turnieju. Tłumy, dla których piłka na co dzień nie znaczy prawie nic. Do tego punktu - brak zarzutów. Nie o fałszywe umiłowanie sportu mi tutaj chodzi, bo ludzie, którzy identyfikują się wtedy z reprezentacją nie deklarują przywiązania do dyscypliny, raczej lubią ideę wspierania swoich reprezentantów - podobnie jak wspieramy rodzinę, przyjaciół, różnicą jest tylko skala wydarzenia. Elementem, który kłóci się w tym wypadku z moim widzeniem świata jest kontrast pomiędzy wydarzeniem a codziennością. Wszyscy zapominają na chwilę o smutkach, bawią się na ulicach, żyją miesiąc w utopii. To mi doskwiera. Nie radość. Boli to, że osoby, które sprzeciwiają się, próbują zmienić rzeczywistość każdego dnia są w powszechnej świadomości niegroźnymi wariatami skazanymi na niepowodzenie. Nie może im się udać również ze względu na obojętność reszty. Tymczasem, jeżeli można przez miesiąc poczuć się wyjątkowo, po czym na następne lata do starego gówna wrócić i gnuśnieć mamy euforię narodową, a ludzie, którzy oddają się tej samej ułudzie są naszymi braćmi. Może to podejście konserwatywne i niepopularne w czasach wstrząsanych przez rewolucje, ale rozsądniej wydaje mi się wprowadzać zmiany organicznie niż przechodzić od uniesienia do przygnębienia.
Ale żeby nie było mi za dobrze z tym poczuciem wyższości nad ciemnym ludem (bo to ostatnie, czego chcę), postawiłem sobie pytania: może to nie ci ludzie są kolektywnie stuknięci, tylko ja nazbyt indywidualistyczny? Może tego nie czuję, bom szczelnie zamknięty w skorupie? I na razie te pytania spełniają swoją rolę, to znaczy trzymają mnie na bezpieczny dystans od przekonania o własnej supremacji. Będę na nie szukał odpowiedzi, ale nie liczę, że znajdę, bo to odwieczna wątpliwość. Ja czy my? Ciężko jest nam dojść do porozumienia na poziomie gatunku, chociaż debata toczy się nieprzerwanie od kilkuset lat. Niektórzy twierdzą, że demokracja to koniec drogi, na której pokonaliśmy liczne przeszkody - komunizmy i inne faszyzmy. A mnie się wydaje lekkomyślne wierzyć, że wypracowaliśmy ostateczny model, najlepszy dostępny dla naszego gatunku. Prawa demokracja ze sprawiedliwym kapitalizmem ujawniają skazy. Jeżeli przetrwanie w kapitalizmie wiąże się z przedsiębiorczością - umiejętnością radzenia sobie na wolnym rynku, to wiadomo, że osoby, które nie potrafią tego obszaru okiełznać będą rozczarowane i nie zadowolą się hasłami o wolności jednostki zapewnianej przez ustrój. A pakowana do głów przez ostatnie dziesięciolecia wizja człowieka szczęśliwego jako tego, który ma siłę nabywczą i może sobie pozwolić na kąpiele w szampanie, kiedy niektórym brakuje na podstawowe rachunki (żeby nie bawić się skrajną retoryką o przymieraniu z głodu, bo wiele wskazuje, że to w naszej części świata na szczęście coraz rzadsze), tylko potęguje rozczarowanie mas. Do wielu ludzi niespodziewanie dotarła ta świadomość - nadal należą do masy. Za komuny była to masa równych z grupką równiejszych, teraz grono równiejszych spęczniało i ma na nas być może jeszcze większy wpływ niż reżim totalitarny - potrafi tylko to oddziaływanie umiejętnie maskować, przykrywać demokracyjnymi przywilejami. W ramach ciekawostki, luźno połączonej z akapitem: co wie o nas operator telekomunikacyjny?
Otoczeni faktami o niewielkiej wartości wewnętrznej i tysiącami opinii - jeśli nie podejmiemy wysiłku ich starannego przemyślenia - gubimy się. Przytłoczeni, coraz trudniej nam uwierzyć, że istnieje coś takiego jak prawda absolutna. Zaczynamy mierzyć prawdę kryteriami upodobań, a jak z nimi jest, trafnie podsumowała (pewnie nieświadomie) prośbą o ocenę kupionego niedawno dywanu moja babcia: „Mam trochę gustu według waszego?”. Każdy wygłasza swoje racje, nawet jeżeli racji ewidentnie nie ma. I jeszcze istnieje niepisany obowiązek ich uszanowania. No, chyba że ktoś mówi rzeczy dla nas niewygodne, które są bardziej niebezpieczne od zwykłego pitolenia - tego tolerować już nie można. Nie zdziwię się, gdy któregoś dnia usłyszę: „to prawda, ale ja się nie zgodzę” i nie zaskoczy mnie też, jeśli ktoś już te słowa wypowiedział. Zgodność z rzeczywistością mniej ważna, bardziej istotne, co nam z twierdzenia przyjdzie. Dlatego nie zdumiewa mnie również, że wydarzenia sportowe wywołują w nas tak silne reakcje. Nie musimy nawet udawać, że interesują nas fakty, oddajemy się z pełnym przyzwoleniem osób towarzyszących emocjom. Nieważne, że faktycznie jesteśmy wobec siebie obojętni, liczy się iluzja bycia razem podmalowana przez emocje. Jeśli to, co przedstawiłem nie ma sensu, to może z praktyką, za kilka lat zacznę tworzyć teksty mądrzejsze. A może po prostu opisane zachowanie sensu nigdy nie miało, nie ma i mieć nie będzie?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz