czwartek, 23 sierpnia 2012

Równowaga

Kto odkrył, jak żyć, musi być nieszczęśliwym człowiekiem. Pozostało mu tylko stawianie kroków, które należy postawić. Życie staje się dla niego wyłącznie świadomym zbliżaniem do śmierci. Nie ma miejsca na improwizację. Błagać wypada tylko o jakiś przypadek, który stanie na jego drodze i powie:

„Nie, Mój Drogi, nadal życia nie rozgryzłeś. Błądź sobie teraz i szukaj. To jedyne co możesz brać za swoje - szukanie. Więcej miał nie będziesz. I zaprzyjaźnij się z niepewnością, bo jest ostatnią, do której będziesz mógł się przytulić na łożu śmierci.

Czasami życie wydaje się walką o to, żeby siebie samego nie nienawidzić. Nie znaczy to, że masz się pokochać. Nie próbuj tego. Nie uda Ci się. Twoja miłość własna jest platoniczna. Może Ci się wydawać, że tylko Ty siebie rozumiesz. Ale zrozumienie nie wystarczy. Nigdy nie zobaczysz w sobie tego, co czegoś warte. Nie zapewnię Cię też, że ktoś inny dostrzeże. Szukaj tego kogoś, ryzykując, że to daremne. I nie bój się, że straciłeś wszystko. Głód miłości pozostanie.

Nie staraj się wszystkiego wypowiadać. Zostaną z tego wyłącznie słowa, intencje, odczucia, nigdy uczucia. Prawda zostanie w powietrzu, które przezroczyste nawet na chwilę się nie zabarwi. Rozkoszuj się tym, że próbowałeś pokolorować coś, czego nawet nie widzisz. Że niczego nie rozumiesz, a jednak tak Ci dobrze”.

wtorek, 21 sierpnia 2012

Obcy

Dzisiaj umarła mama. Albo wczoraj, nie wiem.

Nic nie odpowiedziałem, a on znowu spytał, czy chcę być jego kumplem. Powiedziałem, że jest mi wszystko jedno; zrobił zadowoloną minę.

Tego wieczoru przyszła do mnie Maria i spytała, czy chcę się z nią ożenić. Powiedziałem, że mnie jest wszystko jedno, ale że możemy się pobrać, jeśli ona chce tego.

Często myślałem wówczas, że gdyby zmuszono mnie do życia w pchniu uschniętego drzewa, gdzie jedynym moim zajęciem byłoby oglądanie barwy nieba ponad moją głową, z czasem przyzwyczaiłbym się i do tego.

Kiedy czytam takie zdania, jestem niemalże przekonany, że wszystko ma może nie sens, ale przynajmniej zasadność. Że ignorowanie rozsądku jest tylko potwierdzeniem jego mocy i obowiązywania. Że obojętność kryje w sobie zadziwiającą siłę. Że to, co zaprząta mi głowę jest, pomimo wątpliwości, warte ciągłego przemyśliwywania.

Z bezsensu można kpić. I co z tego, że wydaje się, że to bez sensu?

Każdy może czuć się szczęśliwy, bo zrobi coś, co uzna za znaczące. Każdy może czuć się nieszczęśliwy, bo nie wie, co ma zrobić. Prawdziwie wyzwalające są kąpiele w nihilizmie. Nihilizm odrzuca normy i pozwala bogactwo świata w ułamku chwili zredukować do niczego. Ale żeby być nihilistą kompletnym wypada nihilizm odrzucić jako kolejną bezużyteczną normę. Bo okazuje się, że w tym naszym niczym czujemy się od czasu do czasu dobrze. Bo radość niewypowiedzianą sprawia tkanie z tych bezsensownych nici swoich znaczeń, niezależnych od wszechświata. I czytanie z pustych zdań treści, tak bliźniaczych do tych wyciśniętych z fraz umyślnie nasączonych wydźwiękiem. Najlepiej od nihilizmu zacząć, bo wtedy na drodze ewolucji można z niego tylko wyrosnąć.

Wszystko bez znaczenia? Nietrudno w to uwierzyć, a jednak nie jest mi zupełnie obojętne, co tutaj napiszę. Nie wyrażę np. głębszych uczuć, bo na tyle są dla mnie istotne, że daję im szansę, żeby zakwitły i przeminęły godnie, bez śladów. Zdaję się na niewypowiedziane uczucia, bo wtedy żadne zachowane świadectwa materialne nie pozwolą nikomu mnie opisać. Najgorzej stać się słowami, którym ktoś może przypisać swoje szczęście lub nieszczęście, a zostać zapomnianym jako osoba - właśnie dlatego znacząca, że odarta ze znaczeń.

sobota, 18 sierpnia 2012

Mądrego tekstu wersja robocza

Trzymanie się prostych zasad powinno być proste. Ale zawsze coś staje na drodze. Wydaje się oczywiste i intuicyjne, że miejsce, w którym się przebywa warunkuje działania. Teraz, na przykład, ciężko mi pisać, bo wokół cały czas ktoś się krząta, a ktoś inny próbuje nawiązać cholerny dialog. Dla dobra koncentracji powinienem usiąść gdzieś na polanie przy lesie i uważać tylko na zaskrońca, który w tyłek capnąć może. Przynajmniej nie trzeba zabawiać go słowami. A jednak piszę tutaj. Jest to dowodem na to, że miejsce może próbować narzucić wzór zachowania, ale ludzie to istoty, które jeszcze chętniej niż pod presją okoliczności uginają się pod naciskiem nawyków. Do pisania - głupiego i niepotrzebnego, głupiego i potrzebnego, głupiego i nieokreślonego - po prostu się przyzwyczaiłem. Do sytuacji, w której o tematy, warunki i inne składowe nie jest łatwo staram się zaadaptować. Nawet w pozornej bezcelowości można widzieć dalekosiężne plany, a ja się tej wizji oddaję. Żeby kiedyś napisać coś w najmniejszym stopniu znośnego, wiele lat trzeba grafomanić, choćby po to, żeby w głowie zakodować formy niepożądane i wyczerpać tematy wdzięczne, aczkolwiek nieprzydatne. Jeśli nie teraz poświęcić się błahostkom w lekkiej szacie, to kiedy? Za kilka lat to samo ecie-pecie trzeba będzie ubrać w garnitur powagi i sprzedawać jako treść nie tylko dobrze zredagowana, ale i istotna. Zachowanie szczerości i otwartości jest dozwolone tylko do pewnej chwili, a i wtedy niepożądane. Mimo wszystko lepiej zachować dystans do przedmiotu i do siebie, tak żeby ktoś nie pomyślał, że nas rozgryzł, zanim zaczęliśmy adresować do niego teksty z premedytacją, a nie przez przypadek. Przeto muszę przyznać szczerze, że zupełnej szczerości na blogu nie ma i nie będzie.

Zaczyna się sezon piłkarski - kolejny. Futbol oglądam nadal, w mniejszych ilościach, bo bardziej z przyzwyczajenia niż aktualnego zainteresowania. Najgorzej przyłożyć do piłki racjonalną miarę (to nie jedyna dziedzina, która w tym spotkaniu traci). Spędzanie kilkanastu godzin każdego tygodnia na bierne obserwowanie dwudziestu paru chłopa w pogoni za łaciatą, przypatrywanie się ich tak samo teatralnym jak żałosnym gestom, samo w sobie sprawia wrażenie godnego ubolewania. Nawyk wyplenić atoli nie tak łatwo (chociaż w tym zdaniu prawie udało się odgonić tendencję do nadużywania swojskiego „jednak”). Futbol pewnie przy mnie, w większym lub mniejszym nasileniu, pozostanie. I niech tam sobie będzie. Na upartego można nakreślić paralelę pomiędzy kopaniną, a znacznie mi obecnie bliższą sztuką. I jedno i drugie to głupstwa, które pomagają zjednoczyć się: (w przypadku sztuki) odbiorcy indywidualnie z indywiduum (twórcą) lub (w przypadku piłki) grupowo (kibice) z grupą (drużyną). Cóż, obecne orbitowanie moich myśli wokół sztuki pewnie o czymś świadczy.

Patrząc na popularność wielkich wydarzeń piłkarskich (i szerzej: sportowych), ogółowi ludzi jednak bliżej do szukania grupy niż jednostki. Mam z tym jeden problem, a zjednoczenie narodowe wokół reprezentacji podczas Euro i drużyny siatkarzy na igrzyskach jako dwa ilustrujące przykłady z brzegu. Atmosfera święta podczas turnieju. Tłumy, dla których piłka na co dzień nie znaczy prawie nic. Do tego punktu - brak zarzutów. Nie o fałszywe umiłowanie sportu mi tutaj chodzi, bo ludzie, którzy identyfikują się wtedy z reprezentacją nie deklarują przywiązania do dyscypliny, raczej lubią ideę wspierania swoich reprezentantów - podobnie jak wspieramy rodzinę, przyjaciół, różnicą jest tylko skala wydarzenia. Elementem, który kłóci się w tym wypadku z moim widzeniem świata jest kontrast pomiędzy wydarzeniem a codziennością. Wszyscy zapominają na chwilę o smutkach, bawią się na ulicach, żyją miesiąc w utopii. To mi doskwiera. Nie radość. Boli to, że osoby, które sprzeciwiają się, próbują zmienić rzeczywistość każdego dnia są w powszechnej świadomości niegroźnymi wariatami skazanymi na niepowodzenie. Nie może im się udać również ze względu na obojętność reszty. Tymczasem, jeżeli można przez miesiąc poczuć się wyjątkowo, po czym na następne lata do starego gówna wrócić i gnuśnieć mamy euforię narodową, a ludzie, którzy oddają się tej samej ułudzie są naszymi braćmi. Może to podejście konserwatywne i niepopularne w czasach wstrząsanych przez rewolucje, ale rozsądniej wydaje mi się wprowadzać zmiany organicznie niż przechodzić od uniesienia do przygnębienia.

Ale żeby nie było mi za dobrze z tym poczuciem wyższości nad ciemnym ludem (bo to ostatnie, czego chcę), postawiłem sobie pytania: może to nie ci ludzie są kolektywnie stuknięci, tylko ja nazbyt indywidualistyczny? Może tego nie czuję, bom szczelnie zamknięty w skorupie? I na razie te pytania spełniają swoją rolę, to znaczy trzymają mnie na bezpieczny dystans od przekonania o własnej supremacji. Będę na nie szukał odpowiedzi, ale nie liczę, że znajdę, bo to odwieczna wątpliwość. Ja czy my? Ciężko jest nam dojść do porozumienia na poziomie gatunku, chociaż debata toczy się nieprzerwanie od kilkuset lat. Niektórzy twierdzą, że demokracja to koniec drogi, na której pokonaliśmy liczne przeszkody - komunizmy i inne faszyzmy. A mnie się wydaje lekkomyślne wierzyć, że wypracowaliśmy ostateczny model, najlepszy dostępny dla naszego gatunku. Prawa demokracja ze sprawiedliwym kapitalizmem ujawniają skazy. Jeżeli przetrwanie w kapitalizmie wiąże się z przedsiębiorczością - umiejętnością radzenia sobie na wolnym rynku, to wiadomo, że osoby, które nie potrafią tego obszaru okiełznać będą rozczarowane i nie zadowolą się hasłami o wolności jednostki zapewnianej przez ustrój. A pakowana do głów przez ostatnie dziesięciolecia wizja człowieka szczęśliwego jako tego, który ma siłę nabywczą i może sobie pozwolić na kąpiele w szampanie, kiedy niektórym brakuje na podstawowe rachunki (żeby nie bawić się skrajną retoryką o przymieraniu z głodu, bo wiele wskazuje, że to w naszej części świata na szczęście coraz rzadsze), tylko potęguje rozczarowanie mas. Do wielu ludzi niespodziewanie dotarła ta świadomość - nadal należą do masy. Za komuny była to masa równych z grupką równiejszych, teraz grono równiejszych spęczniało i ma na nas być może jeszcze większy wpływ niż reżim totalitarny - potrafi tylko to oddziaływanie umiejętnie maskować, przykrywać demokracyjnymi przywilejami. W ramach ciekawostki, luźno połączonej z akapitem: co wie o nas operator telekomunikacyjny?

Otoczeni faktami o niewielkiej wartości wewnętrznej i tysiącami opinii - jeśli nie podejmiemy wysiłku ich starannego przemyślenia - gubimy się. Przytłoczeni, coraz trudniej nam uwierzyć, że istnieje coś takiego jak prawda absolutna. Zaczynamy mierzyć prawdę kryteriami upodobań, a jak z nimi jest, trafnie podsumowała (pewnie nieświadomie) prośbą o ocenę kupionego niedawno dywanu moja babcia: „Mam trochę gustu według waszego?”. Każdy wygłasza swoje racje, nawet jeżeli racji ewidentnie nie ma. I jeszcze istnieje niepisany obowiązek ich uszanowania. No, chyba że ktoś mówi rzeczy dla nas niewygodne, które są bardziej niebezpieczne od zwykłego pitolenia - tego tolerować już nie można. Nie zdziwię się, gdy któregoś dnia usłyszę: „to prawda, ale ja się nie zgodzę” i nie zaskoczy mnie też, jeśli ktoś już te słowa wypowiedział. Zgodność z rzeczywistością mniej ważna, bardziej istotne, co nam z twierdzenia przyjdzie. Dlatego nie zdumiewa mnie również, że wydarzenia sportowe wywołują w nas tak silne reakcje. Nie musimy nawet udawać, że interesują nas fakty, oddajemy się z pełnym przyzwoleniem osób towarzyszących emocjom. Nieważne, że faktycznie jesteśmy wobec siebie obojętni, liczy się iluzja bycia razem podmalowana przez emocje. Jeśli to, co przedstawiłem nie ma sensu, to może z praktyką, za kilka lat zacznę tworzyć teksty mądrzejsze. A może po prostu opisane zachowanie sensu nigdy nie miało, nie ma i mieć nie będzie?

wtorek, 14 sierpnia 2012

Moja na szczęście recepta

Tak sobie czasami rozmyślam… Gdyby pewnego dnia przyszedł do mnie Diabeł i powiedział: „Hallo, Tito (w wersji polskiej: «Cześć, Cycu»; w hiszpańskiej: «Hola, Mama»). Mam dla ciebie propozycję. Odtąd wszystkie twoje sny staną się rzeczywistością - pod jednym warunkiem: wszystkie koszmary też będą realne”, jaka byłaby moja reakcja po oczywistym: „No, wreszcie przychodzi do mnie ktoś godny zaufania”? Na podstawie ostatnich obserwacji wychodzi mi na to, że warto byłoby uścisnąć sobie z Szatanem dłonie, po czym niezwłocznie zacząć modlić się do opozycji, żeby sen erotyczny przyszedł przed zmorą zakończoną moją (lub bohaterki fantazji) śmiercią.

Lubię życie w marzeniach. W marzeniach też zdarzają się zawody i katastrofy, ale znajdują się pod moją kontrolą (z wyjątkiem snów właśnie). Dopuszczam do tragedii tylko wtedy, jeśli uznam, że w rozrachunku wyjdę na tym korzystnie albo mam akurat kaprys utrudniania sobie bytowania. Do tego, że zazwyczaj nasze losy toczą się jednak pod dyktando przypadku, nie muszę przekonywać szczególnie sugestywnie, bo pewnie znajdę wielu sprzymierzeńców i bez tego. Ostatnio pracuję nad teorią (czytaj: myśl sama do mnie przyszła), że nieświadomie spędzamy swoje życia głównie z osobami nazwanymi na literę z naszej części alfabetu. Jest to hipoteza w wersji roboczej (i prawdopodobnie tak już zostanie), a została wysunięta na podstawie obserwacji grup rówieśniczych (brzmi prawie jak „grupa kontrolna” - tj. dostatecznie naukowo) w szkole i na studiach. Rozwinięcie koncepcji pozostawiam tym, którzy mają skrzywienie jeszcze dorodniejsze niż ja przy wymyślaniu tych założeń. Ale nie zdziw się, przysłowiowy Stefanie Żeliszewski, jeśli któregoś dnia przy ołtarzu spotkasz archetypiczną Antonię Załęcką (czy też Antoniego Załęckiego, bo homofobem nie jestem - homofony, homonimy i serki homogenizowane wszakże cenię i konsumuję), a wtedy na poetyckie: „czy to jest miłość czy to jest nazwisko?” może być za późno.

Obejrzałem ostatnio na stronie godnej uwagi nie mniej interesujące wystąpienie psychologa Barry'ego Schwartza na temat wyboru. W swoim krótkim wykładzie badacz przekonuje, że zbyt rozległy zakres alternatyw wpływa negatywnie na nasze samopoczucie. Bierze się to z podstawowej tendencji ludzkiej natury - uwielbienia gdybania. Tak to już z nami jest, że rzadko jesteśmy w pełni usatysfakcjonowani, bo gdzieś w głowie wierci się myśl, że mogłoby być lepiej. Jeśli niedoskonałości naszego wyboru nie możemy łatwo zrzucić na czynniki zewnętrzne, to zaczynamy winić siebie. Dla dobra własnej psychiki, mimo wszystko lepiej widzieć swoje niepowodzenie jako niezawinione i uwarunkowane przez niewidzialne „coś”. Możliwości, które otwiera przed nami tzw. wolny wybór są tak samo błogosławieństwem jak i przekleństwem. Nie tylko ze względów wspomnianych przez naukowca. W moim widzeniu, mnogość decyzji, jaką możemy podjąć każdego dnia, tworzy przed nami złudzenie - iluzję tego, że jesteśmy istotni, możemy wpływać na procesy, na które nasze oddziaływanie jest w rzeczywistości marginalne. Coraz więcej ludzi przypisuje sobie zawyżoną rolę, zamiast pokornie stanąć w szeregu z resztą planktonu. Tworzą się stowarzyszenia „ważnych”, które występują przeciwko sobie. I mało kto zauważa (a ten kto widzi jest prawie zawsze niesłyszalny), że stanowczo za często rozgrywka toczy się o wielkie, opasłe NIC. Ściślej, ulegamy naszemu drugiemu wielkiemu instynktowi - walce. Kiedy łatwiej (przynajmniej w naszej części świata) o klasyczne przetrwanie, należy znaleźć batalię zastępczą. Ale nie w walce tkwi klucz do samorealizacji. Jak proponuje Schwartz: tajemnica szczęśliwości, to mieć niskie oczekiwania. Dlatego moim jedynym życzeniem jest: błagam, sen erotyczny, a później niech się dzieje wola nieba!

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Endless Summer - OFF Festival 2012

Miałem być brudny, zmęczony, zdezorientowany, taki jak nie ja. Nadmiernie się nie umorusałem, zmęczenie przychodzi dopiero teraz, otumanienia uniknąłem i od początku do końca byłem sobą. OFFa nieuczciwie potraktowałem jako sposób na ucieczkę od siebie, tymczasem stał się wydarzeniem, które mnie wewnętrznie scaliło.

Droga z Radomia do Katowic szczególnie długa nie jest, ale do szybkich też nie należy. Powolne przesuwanie się w wężyku samochodów można jednak wykorzystać intelektualnie, na przykład pochylając się nad refleksją: czy groby napotykane wzdłuż szosy w odstępach różnorakich kryją ofiary wypadków drogowych, czy raczej osoby zanudzone w czasie podróży na śmierć? Pokładowy system GPS nie pozwolił na snucie rozbudowanych teorii, bo głosem Krzysztofa Hołowczyca szybko nakazał zamienić główny trakt na wąskie, kręte i przy okazji malownicze wiejskie szlaki. W jak najbardziej fizycznym przemieszczaniu się psychicznie pomagała (a jakże!) muzyka. Jaka uciecha zatrzymać się bez powodu, żeby za chwilę ruszyć na nowo z „On the Road Again” w głośnikach.

Ale idealnie być nie mogło, bo o czym by wtedy opowiadać. Krzysztof Hołowczyc pogubił się nieco w samych Katowicach. Okazało się ponadto, że nie wszyscy mieszkańcy stolicy województwa śląskiego mówią tak samo jak Mazowszanie i potrzeba było trochę czasu, żeby odnaleźć właściwą drogę na teren festiwalu. Kiedy się już udało, okazało się, że nie może być nawet prawie idealnie, bo akapitów będzie za mało. Z trzydziestoletnim namiotem pod pachą, przygotowany na kempingowanie dowiedziałem się, że nie mogę wykupić miejsca na polu, bo nie wiadomo, czy całej powierzchni nie zajmą posiadacze karnetów z już wykupionym dostępem. Jako zwycięzca konkursu zostałem zaopatrzony w wejściówkę bez tego komfortu, a na szukanie miejsc noclegowych na 2 tygodnie przed wydarzeniem było już za późno. Organizatorzy zapewnili, że mogę przyjść w granicach 22:00 i wtedy dowiem się, czy jestem na polu mile widziany. Ataku ekstazy w tym momencie nie doświadczyłem, bo żadna przyjemność załatwiać przez jeden dzień trzydniowego festiwalu kwestie lokalowe. Mówi się, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Ja w strapieniu, którego doświadczyłem, zdałem się jednak na pomoc znajomych znajomych, którzy dysponowali jednym karnetem z polem i za dopłatą byli skłonni go wymienić na mój bilet. Po kilkudziesięciu minutach niepewności mogłem rozstawić się na polu i ruszyć czym prędzej w kierunku hałasu, który dobiegał z Doliny Trzech Stawów.

Kilka minut spaceru i poznałem swój dom na weekend. Cztery sceny, stoiska sponsorów i innych organizacji, toi toie i inne udogodnienia i niedogodności. Co istotne, w porównaniu z niedawno odwiedzanymi festiwalami portugalskimi - mniej ludzi. Inne też zwyczaje - picie tylko w strefie gastronomicznej (z czego korzystali miejscowi zbieracze puszek monitorujący festiwalowe okolice, zwabieni podwyższonym spożyciem alkoholi przed bramkami), jakby mniej palaczy w czasie koncertów, co cieszy mnie osobiście i większe zainteresowanie muzyką niż jej utrwalaniem czy robieniem zdjęć. To ostatnie to znowu upodobanie osobiste i kwestia bardziej estetyczna, ale wspominam o tym, bo samopoczucie znacznie lepsze wśród osób, które myślą i zachowują się podobnie.

Organizacja zawsze schodzi na dalszy plan, kiedy muzyka zademonstruje swoją siłę. Wykonawców do wyboru było sporo - większości nie słucham na co dzień, ale na tym polega właśnie urok OFFa. Pierwszym występem, na który się wybrałem był popis Colina Stetsona na Scenie Eksperymentalnej. Popis - bo jak inaczej nazwać wyczyny saksofonisty solisty, który z jednego instrumentu (i w najróżniejsze sposoby z siebie) potrafi, jeśli się nie patrzeć na scenę, stworzyć iluzję występu całego zespołu. Takie właśnie było to kilkadziesiąt minut - zero chwytliwych melodii, równe zainteresowanie publiki muzyką, co samym wykonawcą, a na koniec głośny aplauz dla człowieka, który nie tylko żył muzyką, ale był nią na scenie. O lepsze wprowadzenie do trzydniowego programu byłoby trudno.

Kilkadziesiąt godzin, które nastąpiło składało się z wielu obrazów, dźwięków i chwil, które mnie dotknęły. Gdybym miał okazję raportować każdy dzień z osobna, pewnie więcej by się przez ten opis przewinęło nazw i przymiotników mających charakteryzować to, co się pod nimi kryło. Ale moje obserwacje znaczą niewiele, kiedy nie ma dla nich kontekstu. Z wyjątkami. Trzej artyści zostawili podczas tych trzech dni ślady ciężkie do zatarcia, bo uniwersalne.

W piątek na Scenie Głównej wystąpił Charles Bradley z zespołem. Nazwisko, które jeszcze tydzień temu nic mi nie mówiło, a teraz stało się dla mnie jednym z najistotniejszych w moich relacjach z muzyką. Charles podczas swojego dawania-siebie ze sceny przywrócił mi wiarę we wszystko, co ludzkie, piękne i szlachetne, a w co mogłem chociaż przez chwilę wątpić. Przy okazji wzbudził we mnie wątliwość, czy warto jest wątpić w ogóle. W godzinę wyłożył wszystko, czym jest muzyka soul, bez wypowiadania jednego teoretycznego akapitu - mówił bez używania słów. Uświadomił mi, że w muzyce nie chodzi o nic innego niż o pogłębianie wzajemnego zrozumienia, jakikolwiek gatunek według teoretyków by to nie był. Natchnął. Jego zwierzenia ze sceny, że kocha ludzi, bo ci dali mu szansę, mogłyby być tylko elementem „show”, gdyby nie to, że w jego oczach widać było łzy szczęścia, a ja czułem na plecach dreszcze. Wymowę występu pogłębiała tylko krótka historia jego życia, którą przeczytałem niedawno. 64-letni Charles wydał swój debiutancki album zaledwie rok temu. Przez dziesiątki lat żył muzyką, ale zarabiał jako kucharz, dopóki nie otrzymał wyczekiwanej szansy. W jednym z utworów zaprezentowanych tego wieczora wyśpiewał słowa: „All my life I've been looking for love”. Wreszcie ją znalazł. A ja znalazłem sens w swoich poszukiwaniach. Dlatego, kiedy koncert się zakończył, jego kompani opuścili scenę, a on sam zszedł po schodach do ludzi, skierowałem się w jego stronę. Jedynym, na co mnie było stać pod wpływem emocji, było zdjęcie czapki, kiedy przechodził i potwierdzenie tego gestu słowami: „hats off to you, sir”. Później zobaczyłem już tylko jego wilgotną od łez twarz, a następnie tył głowy, kiedy się ściskaliśmy. Charles przemieszczał się wzdłuż barierek jeszcze przez dobre pół godziny, ciągnięty za rekę przez menedżera, a ja stałem zupełnie oczarowany - bogatszy nie o autograf artysty, lecz coś znacznie trwalszego, niematerialnego.

Sobota zaczęła się o 06:00, bo na tę godzinę ustawiłem budzik w celu uniknięcia kolejek przy kabinach prysznicowych na polu. Zadziałało. Umyłem się i poszedłem spać na kolejnych parę godzin. Przy okazji doświadczyłem czegoś, co może dla niektórych być oczywiste - kruchości namiotowych ścian. Nauczyłem się, że źródła chrapania niekoniecznie należy szukać we wnętrzu swojego miejsca noclegowego. Ale nauk i zabawy tego dnia było więcej. Chwile, które będę wspominać najmilej przyszły już po zmroku, kiedy przechadzając się bez celu (a właściwie z zamiarem skatowania czasu) trafiłem w pobliże namiotu Café Literacka, gdzie, ku mojemu zdziwieniu, odbywał się jakiś koncert. Ten jakiś występ, którego dziesięciominutowy urywek śledziłem podobnie jak grupka 15-20 osób z perspektywy majtasów gitarzysty (tj. ustawiony za odsłonionym namiotem, w praktyce - za sceną) był dziki. Polski duet (oprócz gitarzysty w biało-niebieskich bokserkach występował łysy, wąsaty, rozebrany od pasa w górę wokalista), którego nazwy nadal nie znam, wykonał m.in. utwór o białej lokomotywie czy o „wypróżnieniu idealnym”, które „jest możliwe” przechodzący w „Redemption Song” Boba Marleya. Ten występ był dokładnie taki, jak brzmi jego opis - niepoważny - chociaż słowami ciężko oddać entuzjazm wytworzony wśród może stuosobowej grupy w namiocie i wspomnianej gromady pozanamiotowej. Nie wiem, czyim pomysłem było całe to zjawisko, ale wspaniale było być przypadkowo jego częścią.

The Antlers poświęciłem już akapit na Semaustralnym przy okazji lizbońskiego Alive. Na OFFie byli drugim z zespołów, który zdefiniował mój festiwal. Po trzech tygodniach od ostatniego koncertu, tylko nabrałem większego przekonania do ich twórczości. Znowu zatrzymali dla mnie czas i wyłączyli otoczenie, a na dodatek zagrali z poprzedniej płyty to, czego nie uświadczyłem w Portugalii - m.in. „Two” i „Atrophy”. Po raz kolejny miałem też okazję usłyszeć singiel z ostatniego albumu - „I Don't Want Love”. Nie potrafię się odnieść do tego ostatniego - słowa stoją w jawnym kontraście do tego, co niosą muzycy i ich dźwięki. Poprzednio stwierdziłem, że nie wychwyciłem u nich kreacji scenicznej. Podtrzymuję to, chociaż wypada zauważyć, że ten brak kreacji przewrotnie czyni (przynajmniej w moich oczach) ich postaci bardziej wielowymiarowymi. Na dodatek, na podstawie mojej krótkiej rozmowy z Peterem Silbermanem i Darbym Ciccim po koncercie, członkowie kolektywu wydają się wspaniałymi ludźmi w kontakcie bezpośrednim. Takich artystów warto wspierać - również finansowo.

Artur Rojek powiedział, że kryterium, którym kieruje się przy zapraszaniu artystów na nadzorowany przez siebie festiwal jest znajdowana przez niego w muzyce pasja, uczucie, prawda. Niedziela nie była dniem dopasowanym do mojego gustu, ale duszę festiwalu tworzonego przez fanów dla fanów można było wyczuć w każdym momencie jego trwania. Dlatego, chociaż niektórzy z twórców tak mnie dalecy, nie udzielało mi się znużenie, pomimo przebywania w dolinie od wczesnego popołudnia do późnej nocy. Ale ostatni dzień nie przyniósł magicznego uczucia za pośrednictwem muzyki. O 23:00 na Scenie Eksperymentalnej pojawił się Henry Rollins - trzeci z filarów mojego festiwalu. Chociaż przez wielu znany jako muzyk punk-rockowy, tutaj wystąpił w roli oratora. Przez ponad godzinę opowiadał - o swojej młodości, relacji z muzyką, z ludźmi, a zgromadzona publika raz słuchała z powagą, raz wybuchała śmiechem, ale nigdy nie traciła skupienia. Rollins to człowiek niezwykle ciepły, myślący, otwarty i oczywiście wspaniały mówca. Najważniejsze nie było to, co powiedział, ale jak wiele innych myśli stymulowały jego słowa. I jak wybornie my, za jego słowami „ludzie muzyki”, spędziliśmy ten czas i jak wiele możemy zrobić z resztą, która nam pozostała.

Czas, który pozostał mi na festiwalu poświęciłem na spotkanie z Fenneszem. Jego muzyka to wielka tajemnica. Za pomocą dźwięków wytwarzanych przez gitarę i generowanych komputerowo przenosi w inny świat. A nie ma lepszej okazji, żeby zabrać w tę wyprawę publiczność, niż dwie godziny po północy w ostatnim dniu festiwalu, kiedy większość ludzi jest już wystarczająco zmęczona, zrzuca zbroję gustu i jest gotowa porwać się nieznanemu. W pewnym momencie, otoczony dźwiękami, z na wpół zamkniętymi oczami - skupiając od czasu do czasu wzrok na animacjach tworzonych przez towarzyszącego kompozytorowi artystę wizualnego Lillevana - odpłynąłem. I od razu przypomniał mi się najbardziej znany album Austriaka - „Endless Summer”. Lato przy takim stanie umysłu mogłoby w rzeczy samej trwać bez końca.

Bo lato symbolizowane przez OFFa to promienie słońca w postaci inspiracji, to kąpiel w oceanie emocji. I właściwie całe doświadczenie można zmieścić w pojemnym jak liczba zaprezentowanych na festiwalu poglądów i osobowości pojęciu „miłości”. W Dolinie Trzech Stawów zanotowałem o miłości, wyraźnie wyczuwalnej, wiele zdań. Dzisiaj omyłkowo je skasowałem, ale straty nie czuję, bo ta miłość była nie w słowach, tylko w ludziach, a oni są wciąż tutaj. Teraz trzeba jej tylko szukać w innych i własną przekazywać dalej. Niech trwa wieczne lato.

czwartek, 2 sierpnia 2012

Bobowiska

Niewiele jest potrzebne, żeby poczuć się źle. Wystarczy trochę wolnego czasu, coś, czego się nie ma i nie do końca sprecyzowane oczekiwania, czym to ma być.

Redaktor bloga All Songs Considered dostał niedawno kilka ciętych uwag za nadmierne skupianie się na sobie we wpisie o zachowaniach koncertowych. Któryś z czytelników wytknął mu w komentarzach dwudziestoparokrotne użycie w krótkim tekście magicznego „I”. Jak dobrze, że Myśli Retuszowane są po polsku. Nie tak łatwo udowodnić statystycznie, że ktoś pisze o sobie w naszej mowie, z prostego względu - wszystko załatwia za nas forma czasownika i trzeba być naprawdę pełnym pychy, żeby nadużywać zaimka „ja”. Ja do takich nie należę.

Od momentu powrotu do Polski już kilka razy zaliczyłem (ja) dobrze znaną trasę Radom - Lublin. Nie wiem (o mnie mowa), czy to za sprawą leniwej letniej atmosfery, fakt, że powróciło wiele wspomnień. Czekając na peronie na pociąg i obserwując krople wody kapiące z dachu, wrócił do mnie (rzecz jasna) jeden z najpiękniejszych momentów każdego roku - wiosenne roztopy. I nic to, że śnieg zniknął kilka miesięcy temu, a woda ściekała, bo dach był dziurawy. Do poczucia niewypowiedzianego wystarczyła imitacja zjawiska, które w tym roku ze względu na pobyt za granicą przegapiłem. W drodzej powrotnej - tym razem autobusem - dostrzegłem tablicę „Bobowiska 3”. Znak drogowy jeden z wielu, ale jak dziś pamiętam moment, kiedy wyjeżdżałem do Lublina po raz pierwszy na dłużej i nazwa miejscowości niby mnie śmieszyła, ale śmiesznością wymuszoną, bo chichotem próbowałem przesłonić strach przed nieznanym. Strach, który zanikł, nie tylko w przypadku Lublina. Bobowisk (?) nigdy nie odwiedziłem. Nie wiem nawet, jak poprawnie odmienić tę nazwę. Tymczasem one, a właściwie tablica wskazująca do nich drogę, chociaż stoi tam głucho, jak stała parę lat temu, zyskała dla mnie wymiar symboliczny - oznacza przeszłość.

W porę przychodzi Off Festival. Chcę się wyrwać - będę brudny, zmęczony, zdezorientowany, taki jak nie ja. Tego właśnie potrzebuję. Kraina, w której chciałbym się teraz znajdować, to jak-najdalej-od-siebie. Jeśli się nie da, to przynajmniej chcę oddalić się od wszystkiego, co mi o mnie przypomina - nawet jeśli mieszają się wśród tego miejsca rzeczywiste i wyimaginowane. Bobowiska mają krztynę z obu.

środa, 1 sierpnia 2012

Pokusa, bunt, słabość

Kusi mnie okazjonalnie, żeby rzucić wszystko w cholerę. Tak zwyczajnie, bez poprzedzającego decyzję przykrego doświadczenia, podłoża ideologicznego, innego bodźca. Optymalnie, rzucić wszystko w cholerę nawet bez podejmowania decyzji. Przejść do działania bez żadnego przygotowania - mentalnego, fizycznego, logistycznego - zupełnie naturalnie. I po latach nawet nie zdawać sobie sprawy, że wszystko, co wydarzyło się od tego czasu było takie tylko ze względu na decyzję, której nie było. Tymczasem pozostają mi myśli, tak głębokie, jak moja wobec nich pogarda.

Przyjęło się w naszym świecie (a na pewno w moim), że życie dzieli się na sprecyzowane fazy. Jednym z głównych elementów tego podziału jest praca. Uwielbiam pracować, ale nienawidzę pracy. Praca musi być poza świadomością, żebym wykonywał ją należycie i czerpał z niej cokolwiek. Zdarza mi się to rzadko, przynajmniej tak podpowiada mi świadomość. Powinni mi być bliscy ludzie, którzy przeciwstawiają się tej prawidłowości, szukają alternatywy. I są mi bliscy, ale tylko do momentu, gdy połączą się w większą grupę, od której znowu muszę uciekać, żeby być niezależnym. Bunt (przede wszystkim bez powodu) wydaje się lepszy aniżeli praca jako korzeń tożsamości. Bunt jest zgodny z ideą świata, bo dąży do zmian podobnie jak świat właśnie, który zatrzymywać się nie zamierza. Praca natomiast, kierunek pożądany aktywności jest więc jakby BUNTEM wobec świata, a ten, pomimo mojej niepokorności - prawdziwej i wyimaginowanej - jest ostatnią instancją, którą chciałbym kontestować.

Lubię ludzkie słabości. Przybliżają mnie do ludzi. Do siebie też. Pozwalają w ludziach zobaczyć ludzi. A co by nie mówić, nie tak natychmiastowo do głowy przychodzi nam impuls, żeby obcego traktować jak człowieka. Ludzie stanowią dla nas (ludzi) jedną z wielu cząstek szerszej rzeczywistości i nie wszyscy decydują się stawiać ją w centrum doświadczenia. Może gdyby budowanie własnych światów odbywało się bez podejmowania świadomych kroków byłoby inaczej?