Miałem być brudny, zmęczony, zdezorientowany, taki jak nie ja. Nadmiernie się nie umorusałem, zmęczenie przychodzi dopiero teraz, otumanienia uniknąłem i od początku do końca byłem sobą. OFFa nieuczciwie potraktowałem jako sposób na ucieczkę od siebie, tymczasem stał się wydarzeniem, które mnie wewnętrznie scaliło.
Droga z Radomia do Katowic szczególnie długa nie jest, ale do szybkich też nie należy. Powolne przesuwanie się w wężyku samochodów można jednak wykorzystać intelektualnie, na przykład pochylając się nad refleksją: czy groby napotykane wzdłuż szosy w odstępach różnorakich kryją ofiary wypadków drogowych, czy raczej osoby zanudzone w czasie podróży na śmierć? Pokładowy system GPS nie pozwolił na snucie rozbudowanych teorii, bo głosem Krzysztofa Hołowczyca szybko nakazał zamienić główny trakt na wąskie, kręte i przy okazji malownicze wiejskie szlaki. W jak najbardziej fizycznym przemieszczaniu się psychicznie pomagała (a jakże!) muzyka. Jaka uciecha zatrzymać się bez powodu, żeby za chwilę ruszyć na nowo z „
On the Road Again” w głośnikach.
Ale idealnie być nie mogło, bo o czym by wtedy opowiadać. Krzysztof Hołowczyc pogubił się nieco w samych Katowicach. Okazało się ponadto, że nie wszyscy mieszkańcy stolicy województwa śląskiego mówią tak samo jak Mazowszanie i potrzeba było trochę czasu, żeby odnaleźć właściwą drogę na teren festiwalu. Kiedy się już udało, okazało się, że nie może być nawet prawie idealnie, bo akapitów będzie za mało. Z trzydziestoletnim namiotem pod pachą, przygotowany na kempingowanie dowiedziałem się, że nie mogę wykupić miejsca na polu, bo nie wiadomo, czy całej powierzchni nie zajmą posiadacze karnetów z już wykupionym dostępem. Jako zwycięzca konkursu zostałem zaopatrzony w wejściówkę bez tego komfortu, a na szukanie miejsc noclegowych na 2 tygodnie przed wydarzeniem było już za późno. Organizatorzy zapewnili, że mogę przyjść w granicach 22:00 i wtedy dowiem się, czy jestem na polu mile widziany. Ataku ekstazy w tym momencie nie doświadczyłem, bo żadna przyjemność załatwiać przez jeden dzień trzydniowego festiwalu kwestie lokalowe. Mówi się, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Ja w strapieniu, którego doświadczyłem, zdałem się jednak na pomoc znajomych znajomych, którzy dysponowali jednym karnetem z polem i za dopłatą byli skłonni go wymienić na mój bilet. Po kilkudziesięciu minutach niepewności mogłem rozstawić się na polu i ruszyć czym prędzej w kierunku hałasu, który dobiegał z Doliny Trzech Stawów.
Kilka minut spaceru i poznałem swój dom na weekend. Cztery sceny, stoiska sponsorów i innych organizacji, toi toie i inne udogodnienia i niedogodności. Co istotne, w porównaniu z niedawno odwiedzanymi festiwalami portugalskimi - mniej ludzi. Inne też zwyczaje - picie tylko w strefie gastronomicznej (z czego korzystali miejscowi zbieracze puszek monitorujący festiwalowe okolice, zwabieni podwyższonym spożyciem alkoholi przed bramkami), jakby mniej palaczy w czasie koncertów, co cieszy mnie osobiście i większe zainteresowanie muzyką niż jej utrwalaniem czy robieniem zdjęć. To ostatnie to znowu upodobanie osobiste i kwestia bardziej estetyczna, ale wspominam o tym, bo samopoczucie znacznie lepsze wśród osób, które myślą i zachowują się podobnie.
Organizacja zawsze schodzi na dalszy plan, kiedy muzyka zademonstruje swoją siłę. Wykonawców do wyboru było sporo - większości nie słucham na co dzień, ale na tym polega właśnie urok OFFa. Pierwszym występem, na który się wybrałem był popis
Colina Stetsona na Scenie Eksperymentalnej. Popis - bo jak inaczej nazwać wyczyny saksofonisty solisty, który z jednego instrumentu (i w najróżniejsze sposoby z siebie) potrafi, jeśli się nie patrzeć na scenę, stworzyć iluzję występu całego zespołu. Takie właśnie było to kilkadziesiąt minut - zero chwytliwych melodii, równe zainteresowanie publiki muzyką, co samym wykonawcą, a na koniec głośny aplauz dla człowieka, który nie tylko żył muzyką, ale był nią na scenie. O lepsze wprowadzenie do trzydniowego programu byłoby trudno.
Kilkadziesiąt godzin, które nastąpiło składało się z wielu obrazów, dźwięków i chwil, które mnie dotknęły. Gdybym miał okazję raportować każdy dzień z osobna, pewnie więcej by się przez ten opis przewinęło nazw i przymiotników mających charakteryzować to, co się pod nimi kryło. Ale moje obserwacje znaczą niewiele, kiedy nie ma dla nich kontekstu. Z wyjątkami. Trzej artyści zostawili podczas tych trzech dni ślady ciężkie do zatarcia, bo uniwersalne.
W piątek na Scenie Głównej wystąpił
Charles Bradley z zespołem. Nazwisko, które jeszcze tydzień temu nic mi nie mówiło, a teraz stało się dla mnie jednym z najistotniejszych w moich relacjach z muzyką. Charles podczas swojego
dawania-siebie ze sceny przywrócił mi wiarę we wszystko, co ludzkie, piękne i szlachetne, a w co mogłem chociaż przez chwilę wątpić. Przy okazji wzbudził we mnie wątliwość, czy warto jest wątpić w ogóle. W godzinę wyłożył wszystko, czym jest muzyka soul, bez wypowiadania jednego teoretycznego akapitu - mówił bez używania słów. Uświadomił mi, że w muzyce nie chodzi o nic innego niż o pogłębianie wzajemnego zrozumienia, jakikolwiek gatunek według teoretyków by to nie był. Natchnął. Jego zwierzenia ze sceny, że kocha ludzi, bo ci dali mu szansę, mogłyby być tylko elementem „show”, gdyby nie to, że w jego oczach widać było łzy szczęścia, a ja czułem na plecach dreszcze. Wymowę występu pogłębiała tylko krótka historia jego życia, którą przeczytałem niedawno. 64-letni Charles wydał swój debiutancki album zaledwie rok temu. Przez dziesiątki lat żył muzyką, ale zarabiał jako kucharz, dopóki nie otrzymał wyczekiwanej szansy. W jednym z utworów zaprezentowanych tego wieczora wyśpiewał słowa: „
All my life I've been looking for love”. Wreszcie ją znalazł. A ja znalazłem sens w swoich poszukiwaniach. Dlatego, kiedy koncert się zakończył, jego kompani opuścili scenę, a on sam zszedł po schodach do ludzi, skierowałem się w jego stronę. Jedynym, na co mnie było stać pod wpływem emocji, było zdjęcie czapki, kiedy przechodził i potwierdzenie tego gestu słowami: „
hats off to you, sir”. Później zobaczyłem już tylko jego wilgotną od łez twarz, a następnie tył głowy, kiedy się ściskaliśmy. Charles przemieszczał się wzdłuż barierek jeszcze przez dobre pół godziny, ciągnięty za rekę przez menedżera, a ja stałem zupełnie oczarowany - bogatszy nie o autograf artysty, lecz coś znacznie trwalszego, niematerialnego.
Sobota zaczęła się o 06:00, bo na tę godzinę ustawiłem budzik w celu uniknięcia kolejek przy kabinach prysznicowych na polu. Zadziałało. Umyłem się i poszedłem spać na kolejnych parę godzin. Przy okazji doświadczyłem czegoś, co może dla niektórych być oczywiste - kruchości namiotowych ścian. Nauczyłem się, że źródła chrapania niekoniecznie należy szukać we wnętrzu swojego miejsca noclegowego. Ale nauk i zabawy tego dnia było więcej. Chwile, które będę wspominać najmilej przyszły już po zmroku, kiedy przechadzając się bez celu (a właściwie z zamiarem skatowania czasu) trafiłem w pobliże namiotu Café Literacka, gdzie, ku mojemu zdziwieniu, odbywał się jakiś koncert. Ten jakiś występ, którego dziesięciominutowy urywek śledziłem podobnie jak grupka 15-20 osób z perspektywy majtasów gitarzysty (tj. ustawiony za odsłonionym namiotem, w praktyce - za sceną) był dziki.
Polski duet (oprócz gitarzysty w biało-niebieskich bokserkach występował łysy, wąsaty, rozebrany od pasa w górę wokalista), którego nazwy nadal nie znam, wykonał m.in. utwór o białej lokomotywie czy o „wypróżnieniu idealnym”, które „jest możliwe” przechodzący w „Redemption Song” Boba Marleya. Ten występ był dokładnie taki, jak brzmi jego opis - niepoważny - chociaż słowami ciężko oddać entuzjazm wytworzony wśród może stuosobowej grupy w namiocie i wspomnianej gromady pozanamiotowej. Nie wiem, czyim pomysłem było całe to zjawisko, ale wspaniale było być przypadkowo jego częścią.
The Antlers poświęciłem już akapit na
Semaustralnym przy okazji lizbońskiego Alive. Na OFFie byli drugim z zespołów, który zdefiniował mój festiwal. Po trzech tygodniach od ostatniego koncertu, tylko nabrałem większego przekonania do ich twórczości. Znowu zatrzymali dla mnie czas i wyłączyli otoczenie, a na dodatek zagrali z poprzedniej płyty to, czego nie uświadczyłem w Portugalii - m.in. „
Two” i „
Atrophy”. Po raz kolejny miałem też okazję usłyszeć singiel z ostatniego albumu - „
I Don't Want Love”. Nie potrafię się odnieść do tego ostatniego - słowa stoją w jawnym kontraście do tego, co niosą muzycy i ich dźwięki. Poprzednio stwierdziłem, że nie wychwyciłem u nich kreacji scenicznej. Podtrzymuję to, chociaż wypada zauważyć, że ten brak kreacji przewrotnie czyni (przynajmniej w moich oczach) ich postaci bardziej wielowymiarowymi. Na dodatek, na podstawie mojej krótkiej rozmowy z Peterem Silbermanem i Darbym Ciccim po koncercie, członkowie kolektywu wydają się wspaniałymi ludźmi w kontakcie bezpośrednim. Takich artystów warto wspierać - również finansowo.
Artur Rojek powiedział, że kryterium, którym kieruje się przy zapraszaniu artystów na nadzorowany przez siebie festiwal jest znajdowana przez niego w muzyce pasja, uczucie, prawda. Niedziela nie była dniem dopasowanym do mojego gustu, ale duszę festiwalu tworzonego przez fanów dla fanów można było wyczuć w każdym momencie jego trwania. Dlatego, chociaż niektórzy z twórców tak mnie dalecy, nie udzielało mi się znużenie, pomimo przebywania w dolinie od wczesnego popołudnia do późnej nocy. Ale ostatni dzień nie przyniósł magicznego uczucia za pośrednictwem muzyki. O 23:00 na Scenie Eksperymentalnej pojawił się
Henry Rollins - trzeci z filarów mojego festiwalu. Chociaż przez wielu znany jako muzyk punk-rockowy, tutaj wystąpił w roli oratora. Przez ponad godzinę opowiadał - o swojej młodości, relacji z muzyką, z ludźmi, a zgromadzona publika raz słuchała z powagą, raz wybuchała śmiechem, ale nigdy nie traciła skupienia. Rollins to człowiek niezwykle ciepły, myślący, otwarty i oczywiście wspaniały mówca. Najważniejsze nie było to, co powiedział, ale jak wiele innych myśli stymulowały jego słowa. I jak wybornie my, za jego słowami „ludzie muzyki”, spędziliśmy ten czas i jak wiele możemy zrobić z resztą, która nam pozostała.
Czas, który pozostał mi na festiwalu poświęciłem na spotkanie z
Fenneszem. Jego muzyka to wielka tajemnica. Za pomocą dźwięków wytwarzanych przez gitarę i generowanych komputerowo przenosi w inny świat. A nie ma lepszej okazji, żeby zabrać w tę wyprawę publiczność, niż dwie godziny po północy w ostatnim dniu festiwalu, kiedy większość ludzi jest już wystarczająco zmęczona, zrzuca zbroję gustu i jest gotowa porwać się nieznanemu. W pewnym momencie, otoczony dźwiękami, z na wpół zamkniętymi oczami - skupiając od czasu do czasu wzrok na animacjach tworzonych przez towarzyszącego kompozytorowi artystę wizualnego
Lillevana - odpłynąłem. I od razu przypomniał mi się najbardziej znany album Austriaka - „
Endless Summer”. Lato przy takim stanie umysłu mogłoby w rzeczy samej trwać bez końca.
Bo lato symbolizowane przez OFFa to promienie słońca w postaci inspiracji, to kąpiel w oceanie emocji. I właściwie całe doświadczenie można zmieścić w pojemnym jak liczba zaprezentowanych na festiwalu poglądów i osobowości pojęciu „miłości”. W Dolinie Trzech Stawów zanotowałem o miłości, wyraźnie wyczuwalnej, wiele zdań. Dzisiaj omyłkowo je skasowałem, ale straty nie czuję, bo ta miłość była nie w słowach, tylko w ludziach, a oni są wciąż tutaj. Teraz trzeba jej tylko szukać w innych i własną przekazywać dalej. Niech trwa wieczne lato.