wtorek, 22 grudnia 2009

Moje kryminalne ja

Zacząłem ostatnio dłużej rozmyślać na temat własności intelektualnej. Od wielu lat nagminnie łamię prawa autorskie. Na początku robiłem to nie do końca świadomie. Robili to wszyscy wokół i nikt się nie zastanawiał, czy to dobre czy złe. Powód był prosty - pozyskanie kopii płyty muzycznej lub programu komputerowego było w ten sposób znacznie tańsze.

Moje pierwsze wspomnienie uczestniczenia w pirackim procederze, to połowa lat dziewięćdziesiątych. Jeździliśmy z tatą do domu chłopaka, który kopiował za niewielkie pieniądze gry na dyskietki. Nie narzekałem, bo miałem czym wypełniać wolny czas.

Jakieś 2-3 lata później w odstawkę poszedł magnetofon. Tata kupił wtedy jeszcze nieczęsto spotykany odtwarzacz płyt CD. Do kompletu dołożył 30 płyt. Płyt przybywało co kilka tygodni. Było to ściśle powiązane z odwiedzinami rodziny w Warszawie i niedzielnymi porannymi wyprawami na osławiony Stadion Dziesięciolecia. Wielkiej wagi do tego nie przywiązywałem, bo słuchałem po prostu tego, co mi wpadło w ucho. Trudno od dziesięciolatka wymagać krytycznej postawy wobec sztuki.

Stadion zaczął znaczyć dla mnie więcej, kiedy kupiliśmy peceta. Gry były trochę droższe od muzyki, często na okładkach opisane niezrozumiałymi (cyrylica) znaczkami, ale można było ich kupić kilka razy więcej niż w sklepie, za tę samą cenę. Zbudowało to moją pozycję wśród kolegów. Nie każdy miał rodzinę w Warszawie i nie każdy jeździł na Stadion, a domowe nagrywarki kosztowały fortunę. Na dodatek prawie nikt ze znajomych nie miał internetu. Ale nawet, kiedy w domu był modem i wola płacenia himalajskich rachunków telefonicznych, nikt nie myślał, że sieć może służyć do czegoś więcej niż sprawdzanie poczty i gry.

Przypuszczam, że dzięki kampanii prowadzonej przez CD-Action miałem jednak dosyć ciepły stosunek do gier oryginalnych. Podobała mi się otoczka: tekturowe pudełka, instrucja do gry, czasem jakiś upominek. Po kilku wypadach na Stadion, wreszcie udało mi się namówić rodziców do zakupu oryginału. Kosztował aż 160 zł, ale to były w końcu "moje" pieniądze - zebrane od babć i wujków na urodziny. Argument źródła finansowania pewnie by ich nie przekonał, ale ta sama gra kosztowała u piratów niewiele mniej - 125 zł. Trzeba wziąć pod uwagę specyfikę tamtego okresu. "Stadionowi" liczyli sobie za jedną płytę - 25 zł. Zazwyczaj przynosiło to spore oszczędności, bo gry wydawano na jednym krążku, a ceny w sklepach zaczynały się od 100 zł. Baldur's Gate miała jednak aż 5 płyt i różnica była minimalna. Opisuję to, bo kiedy chciałem kupić grę za 100 zł (1 CD), rodzice odradzali stosując argument, że krewni nie będą mi dawać pieniędzy, kiedy dowiedzą się, jak głupio je wydaję. No tak, mały frajer zamiast kupić 4 gierki od pirata, napełnia kieszenie prawowitym twórcom. Nie zniechęciło mnie jednak nazywanie dystrybutorów złodziejami (za wygórowane ceny), ani inne "gierki" z moją psychiką i jeszcze kilka razy, w bardziej "racjonalnych" okolicznościach, kupowałem gry w sklepie.

Pirackie kopie towarzyszyły mi od zawsze i były preferowane przez otoczenie jako słuszny wybór. Forma łamania praw zmieniła się z chwilą podłączenia na stałe do internetu. Odtąd nie trzeba już było jeździć na Stadion albo wyszukiwać ogłoszeń o "sprzedaży oryginałów za 15 zł" w gazecie. Było to już po upadku Napstera. Mniej więcej wtedy popularność zaczęły zdobywać kopie filmów skompresowane w DivXie. Miałem więc dostęp do programów i gier komputerowych, muzyki, filmów, e-booków i wielu innych dóbr kulturalnych. Wszystko zryczałtowane pod postacią abonamentu za internet. Te nieograniczone możliwości musiały mnie zachwycić, bo zacząłem ściągać wszystko, jak leci (może oprócz majtek). Bez chwili zastanowienia, czy jest mi to do czegoś potrzebne. Ściągałem każdy plik, który się napatoczył. Później szybko je usuwałem, bo pojawiały się nowe atrakcje, a dysk przecież nie jest z gumy. I tak w kółko.

Nie wiem kiedy, ale, dzięki Bogu, przyszło opamiętanie. Tylko, że od paru ostatnich lat prawdopodobnie pobieram więcej niż kiedykolwiek wcześniej. Różnicą jest tylko to, że staram się to konsumować, co wcześniej było mi obce. Problem ignorowania reguł pozostał. Z internetu korzystam ponad 10 lat, prawie pół mojego życia. I zastanawiam się, jakim byłbym człowiekiem, gdybym przez ten czas przestrzegał praw autorskich? W końcu przez prawie cały okres nauki szkolnej, kiedy wchłania się najwięcej wiedzy korzystałem z zasobów internetu. Ile z tych informacji we mnie pozostało? Jak wpłynęły na moje decyzje? To pytania, na które nie będzie odpowiedzi. Mogę najwyżej pospekulować.

Ale ten post miał być nie (tylko) o mnie.

Ściągam dużo muzyki. Dlatego zacząłem się zastanawiać, jak mogę wspierać tych, których twórczość cenię. Najprostsza odpowiedź, to kupowanie oryginalnych płyt. Ale tutaj pojawiają się wątpliwości. Jedna przewinęłą się już wcześniej: cena. Nabywając nową płytę, muszę zazwyczaj liczyć się z wydatkiem - 40-70 zł. To niemałe pieniądze. Ale też słuchanie muzyki nie jest powszechnie uważane za potrzebę pierwszego rzędu. Tylko, że ja przyzwyczaiłem się do poznawania kilku nowych płyt tygodniowo. I ile z tych 40-70 zł tak naprawdę dotrze do twórcy? Ile zagarniają pośrednicy? Czy chcę sponsorować artystę czy przemysł muzyczny?

Ponadto, staram się poznawać muzykę sprzed 30-40 lat temu. Z dostępnością płyt z tego okresu w sklepach, poza ponadczasowymi klasykami, nie jest najlepiej. Tymczasem w internecie czeka mnie kilka minut poszukiwań, potem kilka, może kilkanaście oczekiwania i mogę cieszyć się albumem, o którym dowiedziałem się godzinę wcześniej. Oczywiście, mogę w to włożyć więcej wysiłku i spróbować sprowadzić towar z zagranicy. Ale skoro jest prostsza możliwość, to dlaczego z niej nie skorzystać? I co tak naprawdę przez moje działanie tracą twórcy, którzy często odpoczywają na emeryturze albo smażą się w piekle? Ja przecież tylko poznaję, a często nawet podziwiam ich sztukę.

Pomimo okoliczności, których szukam na swoje usprawiedliwienie, czuję, że jestem coś winien artystom. Dlatego trudno powiedzieć mi jedno złe słowo o Radiohead. Oprócz tego, że uwielbiam ich twórczość, to właśnie oni wyszli z inicjatywą nowego modelu dystrybucji muzyki - pay what you want. Ponad 2 lata temu udostępnili na tej zasadzie w internecie płytę "In Rainbows". Jeżeli ktoś chciał za nią zapłacić 50 funtów, mógł to uczynić, tak samo jak ściągnąć utwory za darmo. Nie każdy zespół mógłby sobie pozwolić na ten krok. Radiohead zapracowali na tę możliwość, skorzystali z niej i chwała im za to.

Okazji do kupowania muzyki w korzystnej cenie przybywa. Wytwórnie zaczynają dostrzegać, że zbudowany przez nich system nie wytrzyma już więcej niż kilka lat. Dlatego udostępniają odpłatnie pojedyncze utwory i całe albumy w formacie elektronicznym, zazwyczaj w cenie niższej niż wydania pudełkowe. Udział dystrybucji tego typu w przychodach firm wciąż rośnie. Pomimo nieuniknionych zmian, biznes nie daje do końca za wygraną. Sklep Amazon może dystrybuować muzykę w korzystnych cenach (dzisiejsza oferta dnia to Dark Side of the Moon Pink Floydów za 2 dolary) tylko w określonych krajach, pomimo tego, że ich pole działania jest nieograniczone przez technologię Tę samą płytę mogę nabyć w polskim iplay.pl za 36 zł, czyli 6 razy drożej niż u Amerykanów. Na podobnej zasadzie działają niektóre serwisy wideo, które blokują określoną zawartość dla "niewłaściwych" rejonów geograficznych. Jest to wbrew założeniom internetu, śmieszne i nieskuteczne.

Z położeniem geograficznym jest związana moja kolejna wątpliwość. Czy jeżeli płyta lubianego przeze mnie zespołu nie jest dystrybuowana pod żadną postacią w Polsce, to czy ściągając album z internetu łamię prawo? Domyślam się, że tak. Ale zastanawiam się też, jaką zasadność miałoby np. nałożenie na mnie grzywny? Czy komukolwiek gdziekolwiek przyniosło by to jakąkolwiek korzyść finansową lub moralną? Brytyjski aktor, pisarz i komik Stephen Fry wyśmiał reklamę antypiracką, która porównuje ściągnięcie filmu z internetu do kradzieży torebki z pieniędzmi.

Oczywiście należy wykluczyć z tych rozważań ludzi, którzy kopiują czyjąś działalność na masową skalę w celach zarobkowych. Ale przecież ich znaczenie i tak spadło wraz z rozwojem internetu. Całe zagadnienie jest bardzo złożone, ale na razie sprowadza się głównie do kwestii moralności. Bo czy ściganie ludzi za oglądanie, słuchanie czy czytanie produktów czyjegoś, nawet najbardziej wybitnego umysłu jest moralne?

PS Z dzieciństwa pamiętam, że nawet pani świetliczanka była umoczona. Urządzała pokazy filmów przyniesionych przez dzieci na VHS (licencja indywidualna) dla 20-30 osób.

1 komentarz:

  1. No i wyszło szydło z worka. Jesteś złym człowiekiem! Musisz wyznać swoje grzechy przed świętami inaczej zostaniesz potępiony razem z panią ze świetlicy ;P.

    OdpowiedzUsuń