wtorek, 23 października 2012

Testament

Kiedy byłem w Portugalii, nie mogłem przyzwyczaić się do używania „bom dia” zarówno na powitanie jak i na pożegnanie. Wydawało mi się to nienaturalne, dopóki nie usłyszałem z ust trzecich uwagi o umykającej dotychczas mojej uwadze niezręczności w polskich formułkach grzecznościowych. O ile „dzień dobry” pozostaje sympatycznie neutralne, to „do widzenia” sugeruje już, że owocnego czasu rozmówca nie uświadczy bez naszego ponownego udziału. Tymczasem, w wypadku „bom dia” nie trzeba się nawet zastanawiać, co powiedzieć napotkanej osobie, która właśnie przybyła, podczas gdy my sami opuszczamy miejsce spotkania. Po zmianie perspektywy portugalski zwyczaj wydaje mi się znacznie łatwiej przyswajalny, a nawet dostrzegam, że jest bardziej trafiony w obiektywnym oglądzie.

Sposób patrzenia na świat pomaga w osiągnięciu szczęścia. Dlatego uczę się narracji. Wierzę, że szczęśliwi są wyłącznie dobrzy narratorzy - ludzie, którzy potrafią przekonać siebie do świata i do własnego w nim miejsca. Nic w rzeczywistości nawet nie ociera się o doskonałość. Doskonałość jest tylko w głowie. Jeśli coś istnieje tylko w wyobraźni, to dlaczego czujemy pokusę poruszania się w rzeczywistości? Potrzeba dużo dobrej woli, żeby błądząc po niej wymyślić sens. Wymyślić, bo przecież nie da się znaleźć czegoś, co nie istnieje, nawet przypadkowo. Dlatego wierzę, że prawdziwe życie jest w głowie. Sprawa się komplikuje, kiedy wziąć pod uwagę, że inni też mają życie w głowie i że nasze wyobrażenia są od ich wyobrażeń zależne - o ich myślach nie wiemy nic na pewno, musimy więc w naszym wewnętrznym życiu rozważać wielką zewnętrzną niewiadomą albo zignorować ją i żywić się iluzją. Głowa jest domem nie tylko dla rzeczywistości (sumy zawartości głów wszystkich ludzi), ale i ułudy.

W przyszłości nie poznam wielu ludzi, ominą mnie setki doświadczeń, nie przeczytam bezmiaru zachwycających poematów, do moich uszu nawet nie zbliżą się dźwięki miriady pięknych kompozycji, a z tego co pozostanie mój umysł i tak będzie musiał utkać spójną całość. Nie mam poczucia straty. Już się pogodziłem, że tak wiele nie będzie mi dane. Mimo to, ta ociupina życia, która mnie dotyka, porusza mnie dogłębnie. I tylko smutno mi na myśl, że życie jest takie jednostkowe. Nie dlatego, że boję się samotności - indywidualizm to po prostu jedyna cecha życia, z którą na razie pojednać się nie potrafię. Moja wędrówka nie jest moja, jeśli nie ma na niej innych. Jednocześnie wiem, że chociaż nasze ścieżki się krzyżują, inni kroczą własną drogą.

Ale nawet to staje się znośne, kiedy pomyślę, że odrębność osobowa nie jest mniej ludzka niż wspólnota. Nie jestem robotem i nie chcę nim być. Dawniej przejmowałem się bardzo opinią ludzi, wszystkich ludzi - znanych mi i mi nieznanych. Chciałem wyglądać w ich oczach tak jak w swoich przywidzeniach, strzegąc prawdy, którą uważałem za swoją najskrytszą tajemnicę. Bo z prawdą nie zawsze się zgadzam, ale ponad wszystko wierzę, że należy do prawdy dążyć. Aż zrozumiałem, że tą wiarą mogę się dzielić. Że prawda mnie nie ogranicza i tylko ona jest w stanie zbudować z ludźmi relacje, których poszukuję. Że chcę, żeby zaakceptowano mnie, nie wymyślone przeze mnie postaci. Że człowiekiem chcę być, nie ideałem. Bo ludzi szukam, nie pomników. Chcę odczuwać ból i smutek, tak samo jak upajającą radość. Chcę tęsknić za niemożliwym. Jeśli to wymaga przyznania się do słabości, nie będę od tego uciekał. Nie boję się słabości, bo kiedy opanować narrację, nietrudno zobaczyć w niej siłę.

Świetną przeciwwagą dla słabości wydaje się być smiertelność. Wymusza stawianie kroków, które pragniemy wykonać, pozwala wyeliminować z obszaru zainteresowań nieistotne zachcianki. Wskazuje cele, do których dążymy, a na które nie starczy nam czasu. Otwiera przed nami przestrzeń - niezmierzoną i niepewną, ale jednak możliwą do zagospodarowania. Pozwala nadać znaczenie wydarzeniom, które w kontekście wieczności nie znaczą. I tylko jej konsekwencja - śmierć - sprawia wrażenie niepowołanej, bo zabiera to, na czego utratę przygotowywaliśmy się, ale czego zostaliśmy pozbawieni nieprzygotowani. Wprawia w przygnębienie, bo uświadamia, że ile by nie myśleć, jak bardzo by nie próbować, pozostajemy wobec jej działań bezsilni. Siłę musimy czerpać z wiary, z tego, co w głowie - aż do końca, do uwolnienia się ze szponów niedoskonałego pięknego życia, dbając również o to, żeby pozostawić jak najwięcej wiary w głowie innych, żeby mogli sobie to wszystko poukładać i uwierzyli, że potrafią być szczęśliwi.

Zastanawiałem się kiedyś, co należy zrobić z majątkiem, który pozostaje po zmarłym. Czy powinien przypaść bliskim, może wesprzeć potrzebujących? Czy w ogóle powinniśmy mieć możliwość decydowania, co się stanie po naszej śmierci? Na razie dysponowanie majątkiem jest możliwe. W końcu dla prawników testament to papierek, który steruje zgromadzonym kapitałem. Ale zmarły pozostawia po sobie spadek znacznie cenniejszy - od kontroli finansowych organów nadzorujących niezależny. Dla mnie moim testamentem są słowa - powyższe, setki wcześniejszych i te, które jeszcze nie padły. I coś od słów jeszcze bardziej nieuchwytnego - uczucia, których nie zostawiłem dla siebie, lecz przekazałem innym. A tak wiele ich pozostawiłem dla siebie! Żałuję, bo znikną wraz ze mną. Ale to mój wybór, taki zredagowałem testament, bo takim byłem człowiekiem - nie ze wszystkiego, co we mnie, potrafiłem zrobić użytek. Może to dobrze, że nie skończyłem jeszcze pisać.

Bom dia.

sobota, 6 października 2012

Pan Janek, bezpieczeństwo, drogowskazy

- Jak tam w szkole?
- Dobrze, jak to na początku. A u Pana?
- Ano, wyniki mam jak u młodzika, dobre jedzenie mi tu gotują. Czego chcieć więcej?


Niesamowitą goryczą mi to zdanie posmakowało. Nawet jeśli nie podejrzewam pana Janka o cięty język. Pan Janek siedzi w pokoju i odpoczywa. Wyjdzie do kuchni, łazienki i wraca odpoczywać. Czasami przed telewizorem, innym razem w ciszy. Czasami porozmawia z ludźmi, którzy rozumieją jego zdania pod względem gramatycznym, ale nie słyszą w nich człowieka albo tylko im się wydaje, że go odczytują. Jest dla nich kimś, kim nie chcą być, nawet nie potrafią sobie wyobrazić siebie w takim stanie. Też bywają samotni, ale nie taką samotnością. Obawiają się o swoją fizyczność, ale na razie zaprząta ona wyłącznie ich głowę. Myślą, że życie przed nimi, dla nich, podejmują decyzje w oparciu o swoje interesy, bo później nie chcą żałować przed sobą. Ale kiedy zbliżą się do wieku pana Janka, może nawet znacznie wcześniej, uznają, że żyje się dla innych i tylko dla innych. Że warto dążyć do samodzielności, nigdy do samowystarczalności. Kierowanie się ku samowystarczalności to próba samobójcza. Bo chociaż tak mocno wielbimy siebie, znacznie bardziej tęsknimy za bliskością.

---

W „Dużym Formacie” przeczytałem wczoraj artykuł o Leonie i Tommym. W pewnym uproszczeniu: Leona lubiła przyrodę, Tommy lubił się pieprzyć, więc kiedy się poznali, postanowili się bzykać na łonie natury. Zresztą nie tylko tam. Zdarzyło im się budować crescendo na koncertowej scenie, a w którymś momencie wtargnęli również nadzy na mszę i zaczęli składać ofiarę cielesną na ołtarzu, dopóki nie wynieśli ich ministranci. Swoje ideologiczne wygibasy zaczęli nagrywać i publikować, zachęcając innych do pójścia w ich ślady (z ewentualną zmianą krzaczka). Ideologiczne, bo to wszystko dla ratowania lasów - zyski ze sprzedaży pornoli poszły na zagrożone puszcze.

Pewnie coś pominąłem, ale istota problemu została zachowana. Zastanawiam się od czasu do czasu, co należałoby zrobić ze swoim życiem. I okazjonalnie trafiam na ludzi, którzy inspirują, jak parka z powyższej historii. Zdarza mi się myśleć szablonowo: teraz wykształcenie, później robota, rodzina, raz do roku urlop, gdzieś po drodze śmierć. I wszystko pięknie, ale mało tu miejsca, żeby się wykazać. Tymczasem tyle jest okazji, żeby rzucić się w alternatywę, perwersję, wydeptać ścieżki nieuczęszczane. Mimo to, prawie każdy z nas pójdzie w standard, ryzykiem nazywając porzucenie nielubianej pracy lub nocną eskapadę pociągiem. Mało tutaj ekscytacji, nie dajemy sobie na nią szansy. Dreszczyk emocji przynosi dopiero zagrożenie życia, które nam przypomina o istnieniu. A po takim przeżyciu jeszcze łatwiej wrócić do rutyny, bezpieczeństwa. Bo zazwyczaj chcemy żyć, mimo wszystko, choćby wszystko w gównianych barwach się prezentowało.

---

Na czym polega fenomen dni dobrych i złych? Czasami się przeplatają, kiedy indziej następują seriami. Dlaczego? To nie wina niesprzyjających okoliczności. Niektóre dni bolą neutralnością. Bywa, że słońce pozwala zapomnieć o fatalnym położeniu. Bywa, że nic nie pomoże - mamy dość. Wszystkiego, nawet ludzi, którzy próbują wytłumaczyć nam, dlaczego mamy dość. I czekamy z utęsknieniem na moment, kiedy będziemy mieli dość postawy „mam dość”.

To logiczne, że apatię próbujemy zwalczać aktywnością. Ale co, jeśli apatia nie jest nam obojętna? Jeśli cenimy również jej zalety i pomimo świadomości, że generalnie nam szkodzi, na tyle jesteśmy do niej przywiązani, że odrzucić jej nie sposób? Czy tak samo nie jest z aktywnością? Przywykli do niej, źle nam, kiedy ustanie. Czy przyzwyczajenie nie jest kluczową składową definicji życia? Może dni dobre i złe odczuwamy w ten sposób wyłącznie przez nawyk określonego sposobu patrzenia, przetwarzania, myślenia? Czujemy się nieswojo wśród ludzi, którzy udowadniają, że może być inaczej. A to właśnie oni często stają się naszymi drogowskazami, bez których dreptalibyśmy w miejscu, w zupełnym otępieniu, nawet tego nieświadomi.

środa, 3 października 2012

Blef

Wewnętrzna walka jest od walki ze światem znacznie trudniejsza. To, co zewnętrzne łatwo zdefiniować. W walce wewnętrznej sztuką jest opowiedzieć się po stronie, bo też nie wiadomo, co się reprezentuje. I tak największe sukcesy buduje się na blefie, że jest się do czegoś przekonanym. Na drodze niezdecydowanego tyle przeszkód się piętrzy i o zadowolenie, choćby tymczasowe, niełatwo. A jednak nie wydaje się, żeby życie usłane różami bardziej wartościowe było od tułaczki. Bo tułaczkę też można podpierać blefami - że poszukiwanie niesie w sobie jakąś cnotę, że myślenie pozwala żyć w zgodzie ze sobą.

A później przychodzi parę chwil magicznych i o zagubieniu się zapomina. Tylko po to, żeby powrót do poprzedniego stanu umysłu był bardziej bolesny. W tym położeniu chwyta się rzeczy znanych, usiłuje się odzyskać orientację. A kiedy znane odrzuca obcością niespodziewaną, trzeba szukać nowych punktów zaczepienia. Z kryzysu znowu pomaga wyjść blef - że nowe jest dobre i szukać trzeba nieustannie, bo tak już jest.

Co pomaga przejść do następnego dnia? Zatracenie się w teraźniejszości lub ucieczka w wyobrażenie przyszłości. Powrót do przeszłości, choćby idealnej, tylko ból przynosi. Jest i alternatywa, zanurzenie się w teraźniejszości fantastycznej - w fabułach, obrazach, dźwiękach. To mnie pcha ku muzyce - potrzeba czucia, że życie płynie i nie jest tylko iluzją, którą wydaje się przyszłość i zwykła teraźniejszość.

Powoli zaczynam rozumieć, że bycie najbardziej zadowoloną osobą w towarzystwie pociąga za sobą bycie najbardziej nieszczęśliwym istnieniem w samotności. Ale wyparcie się smutnego odosobnienia byłoby kłamstwem nie wobec siebie, a życia samego. Lepiej wrócić do blefu bezpiecznego - niech tak będzie, bo tak już jest.

czwartek, 20 września 2012

Przebudzenie jesienne

Z jesienią przychodzi okres zwątpienia. Zaczynam wątpić, że wokół brak sensu. Serio. Jeśli ktoś by mnie zapytał: „czy życie ma sens?”, w normalnych okolicznościach odpowiedziałbym: „gdzież by tam!”. Nikt nie pyta, więc na co dzień zachowuję tę obiekcję dla siebie. Ale dzisiaj jestem bliski stwierdzenia, że to całe nasze życie nie takie zbędne jak się wydaje. Dowód? Czuję się dobrze, chociaż nie ma ku temu powodu. Żeby miewać się źle, też argumentacji brak, ale bywało, że i takie niezdecydowanie mi przeszkadzało. A jeśli mam się już dobrze, to wszystko niekoniecznie czcze. Parę dni się dobrze poczuję, a kiedyś zniknę. Nieoczekiwanie, a może z wyczekiwaniem. I na nagrobku napiszą mi: Syn (Marnotrawny), Mąż (trzykrotnie), Ojciec (biologiczny), Typ Wredny, czasami czuł się dobrze. A ludzie będą wspominać: „to był niesamowity człowiek. Czasami tak po prostu miewał się znośnie”.

Nic nie poprawia mi nastroju tak, jak dobre samopoczucie. Takie pozytywnie błędne koło. Tak się nakręciłem, że wycałuję następną osobę, która wejdzie do pokoju. Monitor na razie zostawię w spokoju, bo ekran brudny i się brzydzę.

Jestem na tyle dobrze usposobiony, że skłonny uwierzyć dziś w to, co pokazują w telewizji, a nawet uznać prawdziwość tekstów w piosenkach pop. Normalnie, jednemu i drugiemu ufam tylko w momentach słabości, kiedy nic innego nie pozostaje. A dzisiaj, cóż, zawierzam Chrisowi Martinowi, który śpiewa do swojego obiadu: „I will try to fix you” (chociaż na Wikipedii wyczytałem, że karkówki nie jada). I bardzo możliwe, że zaraz po barwnym życiu w Los Angeles trafię do nieba, a ona mnie kocha już teraz - na ziemi. W końcu czuję się dobrze, a to afrodyzjak nieporównywalnie lepszy niż chandra. Chwalmy witalność! Viva la Vida (or Death and All His Friends)!

czwartek, 23 sierpnia 2012

Równowaga

Kto odkrył, jak żyć, musi być nieszczęśliwym człowiekiem. Pozostało mu tylko stawianie kroków, które należy postawić. Życie staje się dla niego wyłącznie świadomym zbliżaniem do śmierci. Nie ma miejsca na improwizację. Błagać wypada tylko o jakiś przypadek, który stanie na jego drodze i powie:

„Nie, Mój Drogi, nadal życia nie rozgryzłeś. Błądź sobie teraz i szukaj. To jedyne co możesz brać za swoje - szukanie. Więcej miał nie będziesz. I zaprzyjaźnij się z niepewnością, bo jest ostatnią, do której będziesz mógł się przytulić na łożu śmierci.

Czasami życie wydaje się walką o to, żeby siebie samego nie nienawidzić. Nie znaczy to, że masz się pokochać. Nie próbuj tego. Nie uda Ci się. Twoja miłość własna jest platoniczna. Może Ci się wydawać, że tylko Ty siebie rozumiesz. Ale zrozumienie nie wystarczy. Nigdy nie zobaczysz w sobie tego, co czegoś warte. Nie zapewnię Cię też, że ktoś inny dostrzeże. Szukaj tego kogoś, ryzykując, że to daremne. I nie bój się, że straciłeś wszystko. Głód miłości pozostanie.

Nie staraj się wszystkiego wypowiadać. Zostaną z tego wyłącznie słowa, intencje, odczucia, nigdy uczucia. Prawda zostanie w powietrzu, które przezroczyste nawet na chwilę się nie zabarwi. Rozkoszuj się tym, że próbowałeś pokolorować coś, czego nawet nie widzisz. Że niczego nie rozumiesz, a jednak tak Ci dobrze”.

wtorek, 21 sierpnia 2012

Obcy

Dzisiaj umarła mama. Albo wczoraj, nie wiem.

Nic nie odpowiedziałem, a on znowu spytał, czy chcę być jego kumplem. Powiedziałem, że jest mi wszystko jedno; zrobił zadowoloną minę.

Tego wieczoru przyszła do mnie Maria i spytała, czy chcę się z nią ożenić. Powiedziałem, że mnie jest wszystko jedno, ale że możemy się pobrać, jeśli ona chce tego.

Często myślałem wówczas, że gdyby zmuszono mnie do życia w pchniu uschniętego drzewa, gdzie jedynym moim zajęciem byłoby oglądanie barwy nieba ponad moją głową, z czasem przyzwyczaiłbym się i do tego.

Kiedy czytam takie zdania, jestem niemalże przekonany, że wszystko ma może nie sens, ale przynajmniej zasadność. Że ignorowanie rozsądku jest tylko potwierdzeniem jego mocy i obowiązywania. Że obojętność kryje w sobie zadziwiającą siłę. Że to, co zaprząta mi głowę jest, pomimo wątpliwości, warte ciągłego przemyśliwywania.

Z bezsensu można kpić. I co z tego, że wydaje się, że to bez sensu?

Każdy może czuć się szczęśliwy, bo zrobi coś, co uzna za znaczące. Każdy może czuć się nieszczęśliwy, bo nie wie, co ma zrobić. Prawdziwie wyzwalające są kąpiele w nihilizmie. Nihilizm odrzuca normy i pozwala bogactwo świata w ułamku chwili zredukować do niczego. Ale żeby być nihilistą kompletnym wypada nihilizm odrzucić jako kolejną bezużyteczną normę. Bo okazuje się, że w tym naszym niczym czujemy się od czasu do czasu dobrze. Bo radość niewypowiedzianą sprawia tkanie z tych bezsensownych nici swoich znaczeń, niezależnych od wszechświata. I czytanie z pustych zdań treści, tak bliźniaczych do tych wyciśniętych z fraz umyślnie nasączonych wydźwiękiem. Najlepiej od nihilizmu zacząć, bo wtedy na drodze ewolucji można z niego tylko wyrosnąć.

Wszystko bez znaczenia? Nietrudno w to uwierzyć, a jednak nie jest mi zupełnie obojętne, co tutaj napiszę. Nie wyrażę np. głębszych uczuć, bo na tyle są dla mnie istotne, że daję im szansę, żeby zakwitły i przeminęły godnie, bez śladów. Zdaję się na niewypowiedziane uczucia, bo wtedy żadne zachowane świadectwa materialne nie pozwolą nikomu mnie opisać. Najgorzej stać się słowami, którym ktoś może przypisać swoje szczęście lub nieszczęście, a zostać zapomnianym jako osoba - właśnie dlatego znacząca, że odarta ze znaczeń.

sobota, 18 sierpnia 2012

Mądrego tekstu wersja robocza

Trzymanie się prostych zasad powinno być proste. Ale zawsze coś staje na drodze. Wydaje się oczywiste i intuicyjne, że miejsce, w którym się przebywa warunkuje działania. Teraz, na przykład, ciężko mi pisać, bo wokół cały czas ktoś się krząta, a ktoś inny próbuje nawiązać cholerny dialog. Dla dobra koncentracji powinienem usiąść gdzieś na polanie przy lesie i uważać tylko na zaskrońca, który w tyłek capnąć może. Przynajmniej nie trzeba zabawiać go słowami. A jednak piszę tutaj. Jest to dowodem na to, że miejsce może próbować narzucić wzór zachowania, ale ludzie to istoty, które jeszcze chętniej niż pod presją okoliczności uginają się pod naciskiem nawyków. Do pisania - głupiego i niepotrzebnego, głupiego i potrzebnego, głupiego i nieokreślonego - po prostu się przyzwyczaiłem. Do sytuacji, w której o tematy, warunki i inne składowe nie jest łatwo staram się zaadaptować. Nawet w pozornej bezcelowości można widzieć dalekosiężne plany, a ja się tej wizji oddaję. Żeby kiedyś napisać coś w najmniejszym stopniu znośnego, wiele lat trzeba grafomanić, choćby po to, żeby w głowie zakodować formy niepożądane i wyczerpać tematy wdzięczne, aczkolwiek nieprzydatne. Jeśli nie teraz poświęcić się błahostkom w lekkiej szacie, to kiedy? Za kilka lat to samo ecie-pecie trzeba będzie ubrać w garnitur powagi i sprzedawać jako treść nie tylko dobrze zredagowana, ale i istotna. Zachowanie szczerości i otwartości jest dozwolone tylko do pewnej chwili, a i wtedy niepożądane. Mimo wszystko lepiej zachować dystans do przedmiotu i do siebie, tak żeby ktoś nie pomyślał, że nas rozgryzł, zanim zaczęliśmy adresować do niego teksty z premedytacją, a nie przez przypadek. Przeto muszę przyznać szczerze, że zupełnej szczerości na blogu nie ma i nie będzie.

Zaczyna się sezon piłkarski - kolejny. Futbol oglądam nadal, w mniejszych ilościach, bo bardziej z przyzwyczajenia niż aktualnego zainteresowania. Najgorzej przyłożyć do piłki racjonalną miarę (to nie jedyna dziedzina, która w tym spotkaniu traci). Spędzanie kilkanastu godzin każdego tygodnia na bierne obserwowanie dwudziestu paru chłopa w pogoni za łaciatą, przypatrywanie się ich tak samo teatralnym jak żałosnym gestom, samo w sobie sprawia wrażenie godnego ubolewania. Nawyk wyplenić atoli nie tak łatwo (chociaż w tym zdaniu prawie udało się odgonić tendencję do nadużywania swojskiego „jednak”). Futbol pewnie przy mnie, w większym lub mniejszym nasileniu, pozostanie. I niech tam sobie będzie. Na upartego można nakreślić paralelę pomiędzy kopaniną, a znacznie mi obecnie bliższą sztuką. I jedno i drugie to głupstwa, które pomagają zjednoczyć się: (w przypadku sztuki) odbiorcy indywidualnie z indywiduum (twórcą) lub (w przypadku piłki) grupowo (kibice) z grupą (drużyną). Cóż, obecne orbitowanie moich myśli wokół sztuki pewnie o czymś świadczy.

Patrząc na popularność wielkich wydarzeń piłkarskich (i szerzej: sportowych), ogółowi ludzi jednak bliżej do szukania grupy niż jednostki. Mam z tym jeden problem, a zjednoczenie narodowe wokół reprezentacji podczas Euro i drużyny siatkarzy na igrzyskach jako dwa ilustrujące przykłady z brzegu. Atmosfera święta podczas turnieju. Tłumy, dla których piłka na co dzień nie znaczy prawie nic. Do tego punktu - brak zarzutów. Nie o fałszywe umiłowanie sportu mi tutaj chodzi, bo ludzie, którzy identyfikują się wtedy z reprezentacją nie deklarują przywiązania do dyscypliny, raczej lubią ideę wspierania swoich reprezentantów - podobnie jak wspieramy rodzinę, przyjaciół, różnicą jest tylko skala wydarzenia. Elementem, który kłóci się w tym wypadku z moim widzeniem świata jest kontrast pomiędzy wydarzeniem a codziennością. Wszyscy zapominają na chwilę o smutkach, bawią się na ulicach, żyją miesiąc w utopii. To mi doskwiera. Nie radość. Boli to, że osoby, które sprzeciwiają się, próbują zmienić rzeczywistość każdego dnia są w powszechnej świadomości niegroźnymi wariatami skazanymi na niepowodzenie. Nie może im się udać również ze względu na obojętność reszty. Tymczasem, jeżeli można przez miesiąc poczuć się wyjątkowo, po czym na następne lata do starego gówna wrócić i gnuśnieć mamy euforię narodową, a ludzie, którzy oddają się tej samej ułudzie są naszymi braćmi. Może to podejście konserwatywne i niepopularne w czasach wstrząsanych przez rewolucje, ale rozsądniej wydaje mi się wprowadzać zmiany organicznie niż przechodzić od uniesienia do przygnębienia.

Ale żeby nie było mi za dobrze z tym poczuciem wyższości nad ciemnym ludem (bo to ostatnie, czego chcę), postawiłem sobie pytania: może to nie ci ludzie są kolektywnie stuknięci, tylko ja nazbyt indywidualistyczny? Może tego nie czuję, bom szczelnie zamknięty w skorupie? I na razie te pytania spełniają swoją rolę, to znaczy trzymają mnie na bezpieczny dystans od przekonania o własnej supremacji. Będę na nie szukał odpowiedzi, ale nie liczę, że znajdę, bo to odwieczna wątpliwość. Ja czy my? Ciężko jest nam dojść do porozumienia na poziomie gatunku, chociaż debata toczy się nieprzerwanie od kilkuset lat. Niektórzy twierdzą, że demokracja to koniec drogi, na której pokonaliśmy liczne przeszkody - komunizmy i inne faszyzmy. A mnie się wydaje lekkomyślne wierzyć, że wypracowaliśmy ostateczny model, najlepszy dostępny dla naszego gatunku. Prawa demokracja ze sprawiedliwym kapitalizmem ujawniają skazy. Jeżeli przetrwanie w kapitalizmie wiąże się z przedsiębiorczością - umiejętnością radzenia sobie na wolnym rynku, to wiadomo, że osoby, które nie potrafią tego obszaru okiełznać będą rozczarowane i nie zadowolą się hasłami o wolności jednostki zapewnianej przez ustrój. A pakowana do głów przez ostatnie dziesięciolecia wizja człowieka szczęśliwego jako tego, który ma siłę nabywczą i może sobie pozwolić na kąpiele w szampanie, kiedy niektórym brakuje na podstawowe rachunki (żeby nie bawić się skrajną retoryką o przymieraniu z głodu, bo wiele wskazuje, że to w naszej części świata na szczęście coraz rzadsze), tylko potęguje rozczarowanie mas. Do wielu ludzi niespodziewanie dotarła ta świadomość - nadal należą do masy. Za komuny była to masa równych z grupką równiejszych, teraz grono równiejszych spęczniało i ma na nas być może jeszcze większy wpływ niż reżim totalitarny - potrafi tylko to oddziaływanie umiejętnie maskować, przykrywać demokracyjnymi przywilejami. W ramach ciekawostki, luźno połączonej z akapitem: co wie o nas operator telekomunikacyjny?

Otoczeni faktami o niewielkiej wartości wewnętrznej i tysiącami opinii - jeśli nie podejmiemy wysiłku ich starannego przemyślenia - gubimy się. Przytłoczeni, coraz trudniej nam uwierzyć, że istnieje coś takiego jak prawda absolutna. Zaczynamy mierzyć prawdę kryteriami upodobań, a jak z nimi jest, trafnie podsumowała (pewnie nieświadomie) prośbą o ocenę kupionego niedawno dywanu moja babcia: „Mam trochę gustu według waszego?”. Każdy wygłasza swoje racje, nawet jeżeli racji ewidentnie nie ma. I jeszcze istnieje niepisany obowiązek ich uszanowania. No, chyba że ktoś mówi rzeczy dla nas niewygodne, które są bardziej niebezpieczne od zwykłego pitolenia - tego tolerować już nie można. Nie zdziwię się, gdy któregoś dnia usłyszę: „to prawda, ale ja się nie zgodzę” i nie zaskoczy mnie też, jeśli ktoś już te słowa wypowiedział. Zgodność z rzeczywistością mniej ważna, bardziej istotne, co nam z twierdzenia przyjdzie. Dlatego nie zdumiewa mnie również, że wydarzenia sportowe wywołują w nas tak silne reakcje. Nie musimy nawet udawać, że interesują nas fakty, oddajemy się z pełnym przyzwoleniem osób towarzyszących emocjom. Nieważne, że faktycznie jesteśmy wobec siebie obojętni, liczy się iluzja bycia razem podmalowana przez emocje. Jeśli to, co przedstawiłem nie ma sensu, to może z praktyką, za kilka lat zacznę tworzyć teksty mądrzejsze. A może po prostu opisane zachowanie sensu nigdy nie miało, nie ma i mieć nie będzie?