- Jak tam w szkole?
- Dobrze, jak to na początku. A u Pana?
- Ano, wyniki mam jak u młodzika, dobre jedzenie mi tu gotują. Czego chcieć więcej?
Niesamowitą goryczą mi to zdanie posmakowało. Nawet jeśli nie podejrzewam pana Janka o cięty język. Pan Janek siedzi w pokoju i odpoczywa. Wyjdzie do kuchni, łazienki i wraca odpoczywać. Czasami przed telewizorem, innym razem w ciszy. Czasami porozmawia z ludźmi, którzy rozumieją jego zdania pod względem gramatycznym, ale nie słyszą w nich człowieka albo tylko im się wydaje, że go odczytują. Jest dla nich kimś, kim nie chcą być, nawet nie potrafią sobie wyobrazić siebie w takim stanie. Też bywają samotni, ale nie taką samotnością. Obawiają się o swoją fizyczność, ale na razie zaprząta ona wyłącznie ich głowę. Myślą, że życie przed nimi, dla nich, podejmują decyzje w oparciu o swoje interesy, bo później nie chcą żałować przed sobą. Ale kiedy zbliżą się do wieku pana Janka, może nawet znacznie wcześniej, uznają, że żyje się dla innych i tylko dla innych. Że warto dążyć do samodzielności, nigdy do samowystarczalności. Kierowanie się ku samowystarczalności to próba samobójcza. Bo chociaż tak mocno wielbimy siebie, znacznie bardziej tęsknimy za bliskością.
---
W „Dużym Formacie” przeczytałem wczoraj artykuł o Leonie i Tommym. W pewnym uproszczeniu: Leona lubiła przyrodę, Tommy lubił się pieprzyć, więc kiedy się poznali, postanowili się bzykać na łonie natury. Zresztą nie tylko tam. Zdarzyło im się budować crescendo na koncertowej scenie, a w którymś momencie wtargnęli również nadzy na mszę i zaczęli składać ofiarę cielesną na ołtarzu, dopóki nie wynieśli ich ministranci. Swoje ideologiczne wygibasy zaczęli nagrywać i publikować, zachęcając innych do pójścia w ich ślady (z ewentualną zmianą krzaczka). Ideologiczne, bo to wszystko dla ratowania lasów - zyski ze sprzedaży pornoli poszły na zagrożone puszcze.
Pewnie coś pominąłem, ale istota problemu została zachowana. Zastanawiam się od czasu do czasu, co należałoby zrobić ze swoim życiem. I okazjonalnie trafiam na ludzi, którzy inspirują, jak parka z powyższej historii. Zdarza mi się myśleć szablonowo: teraz wykształcenie, później robota, rodzina, raz do roku urlop, gdzieś po drodze śmierć. I wszystko pięknie, ale mało tu miejsca, żeby się wykazać. Tymczasem tyle jest okazji, żeby rzucić się w alternatywę, perwersję, wydeptać ścieżki nieuczęszczane. Mimo to, prawie każdy z nas pójdzie w standard, ryzykiem nazywając porzucenie nielubianej pracy lub nocną eskapadę pociągiem. Mało tutaj ekscytacji, nie dajemy sobie na nią szansy. Dreszczyk emocji przynosi dopiero zagrożenie życia, które nam przypomina o istnieniu. A po takim przeżyciu jeszcze łatwiej wrócić do rutyny, bezpieczeństwa. Bo zazwyczaj chcemy żyć, mimo wszystko, choćby wszystko w gównianych barwach się prezentowało.
---
Na czym polega fenomen dni dobrych i złych? Czasami się przeplatają, kiedy indziej następują seriami. Dlaczego? To nie wina niesprzyjających okoliczności. Niektóre dni bolą neutralnością. Bywa, że słońce pozwala zapomnieć o fatalnym położeniu. Bywa, że nic nie pomoże - mamy dość. Wszystkiego, nawet ludzi, którzy próbują wytłumaczyć nam, dlaczego mamy dość. I czekamy z utęsknieniem na moment, kiedy będziemy mieli dość postawy „mam dość”.
To logiczne, że apatię próbujemy zwalczać aktywnością. Ale co, jeśli apatia nie jest nam obojętna? Jeśli cenimy również jej zalety i pomimo świadomości, że generalnie nam szkodzi, na tyle jesteśmy do niej przywiązani, że odrzucić jej nie sposób? Czy tak samo nie jest z aktywnością? Przywykli do niej, źle nam, kiedy ustanie. Czy przyzwyczajenie nie jest kluczową składową definicji życia? Może dni dobre i złe odczuwamy w ten sposób wyłącznie przez nawyk określonego sposobu patrzenia, przetwarzania, myślenia? Czujemy się nieswojo wśród ludzi, którzy udowadniają, że może być inaczej. A to właśnie oni często stają się naszymi drogowskazami, bez których dreptalibyśmy w miejscu, w zupełnym otępieniu, nawet tego nieświadomi.
- Dobrze, jak to na początku. A u Pana?
- Ano, wyniki mam jak u młodzika, dobre jedzenie mi tu gotują. Czego chcieć więcej?
Niesamowitą goryczą mi to zdanie posmakowało. Nawet jeśli nie podejrzewam pana Janka o cięty język. Pan Janek siedzi w pokoju i odpoczywa. Wyjdzie do kuchni, łazienki i wraca odpoczywać. Czasami przed telewizorem, innym razem w ciszy. Czasami porozmawia z ludźmi, którzy rozumieją jego zdania pod względem gramatycznym, ale nie słyszą w nich człowieka albo tylko im się wydaje, że go odczytują. Jest dla nich kimś, kim nie chcą być, nawet nie potrafią sobie wyobrazić siebie w takim stanie. Też bywają samotni, ale nie taką samotnością. Obawiają się o swoją fizyczność, ale na razie zaprząta ona wyłącznie ich głowę. Myślą, że życie przed nimi, dla nich, podejmują decyzje w oparciu o swoje interesy, bo później nie chcą żałować przed sobą. Ale kiedy zbliżą się do wieku pana Janka, może nawet znacznie wcześniej, uznają, że żyje się dla innych i tylko dla innych. Że warto dążyć do samodzielności, nigdy do samowystarczalności. Kierowanie się ku samowystarczalności to próba samobójcza. Bo chociaż tak mocno wielbimy siebie, znacznie bardziej tęsknimy za bliskością.
---
W „Dużym Formacie” przeczytałem wczoraj artykuł o Leonie i Tommym. W pewnym uproszczeniu: Leona lubiła przyrodę, Tommy lubił się pieprzyć, więc kiedy się poznali, postanowili się bzykać na łonie natury. Zresztą nie tylko tam. Zdarzyło im się budować crescendo na koncertowej scenie, a w którymś momencie wtargnęli również nadzy na mszę i zaczęli składać ofiarę cielesną na ołtarzu, dopóki nie wynieśli ich ministranci. Swoje ideologiczne wygibasy zaczęli nagrywać i publikować, zachęcając innych do pójścia w ich ślady (z ewentualną zmianą krzaczka). Ideologiczne, bo to wszystko dla ratowania lasów - zyski ze sprzedaży pornoli poszły na zagrożone puszcze.
Pewnie coś pominąłem, ale istota problemu została zachowana. Zastanawiam się od czasu do czasu, co należałoby zrobić ze swoim życiem. I okazjonalnie trafiam na ludzi, którzy inspirują, jak parka z powyższej historii. Zdarza mi się myśleć szablonowo: teraz wykształcenie, później robota, rodzina, raz do roku urlop, gdzieś po drodze śmierć. I wszystko pięknie, ale mało tu miejsca, żeby się wykazać. Tymczasem tyle jest okazji, żeby rzucić się w alternatywę, perwersję, wydeptać ścieżki nieuczęszczane. Mimo to, prawie każdy z nas pójdzie w standard, ryzykiem nazywając porzucenie nielubianej pracy lub nocną eskapadę pociągiem. Mało tutaj ekscytacji, nie dajemy sobie na nią szansy. Dreszczyk emocji przynosi dopiero zagrożenie życia, które nam przypomina o istnieniu. A po takim przeżyciu jeszcze łatwiej wrócić do rutyny, bezpieczeństwa. Bo zazwyczaj chcemy żyć, mimo wszystko, choćby wszystko w gównianych barwach się prezentowało.
---
Na czym polega fenomen dni dobrych i złych? Czasami się przeplatają, kiedy indziej następują seriami. Dlaczego? To nie wina niesprzyjających okoliczności. Niektóre dni bolą neutralnością. Bywa, że słońce pozwala zapomnieć o fatalnym położeniu. Bywa, że nic nie pomoże - mamy dość. Wszystkiego, nawet ludzi, którzy próbują wytłumaczyć nam, dlaczego mamy dość. I czekamy z utęsknieniem na moment, kiedy będziemy mieli dość postawy „mam dość”.
To logiczne, że apatię próbujemy zwalczać aktywnością. Ale co, jeśli apatia nie jest nam obojętna? Jeśli cenimy również jej zalety i pomimo świadomości, że generalnie nam szkodzi, na tyle jesteśmy do niej przywiązani, że odrzucić jej nie sposób? Czy tak samo nie jest z aktywnością? Przywykli do niej, źle nam, kiedy ustanie. Czy przyzwyczajenie nie jest kluczową składową definicji życia? Może dni dobre i złe odczuwamy w ten sposób wyłącznie przez nawyk określonego sposobu patrzenia, przetwarzania, myślenia? Czujemy się nieswojo wśród ludzi, którzy udowadniają, że może być inaczej. A to właśnie oni często stają się naszymi drogowskazami, bez których dreptalibyśmy w miejscu, w zupełnym otępieniu, nawet tego nieświadomi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz