Kiedy byłem w Portugalii, nie mogłem przyzwyczaić się do używania „bom dia” zarówno na powitanie jak i na pożegnanie. Wydawało mi się to nienaturalne, dopóki nie usłyszałem z ust trzecich uwagi o umykającej dotychczas mojej uwadze niezręczności w polskich formułkach grzecznościowych. O ile „dzień dobry” pozostaje sympatycznie neutralne, to „do widzenia” sugeruje już, że owocnego czasu rozmówca nie uświadczy bez naszego ponownego udziału. Tymczasem, w wypadku „bom dia” nie trzeba się nawet zastanawiać, co powiedzieć napotkanej osobie, która właśnie przybyła, podczas gdy my sami opuszczamy miejsce spotkania. Po zmianie perspektywy portugalski zwyczaj wydaje mi się znacznie łatwiej przyswajalny, a nawet dostrzegam, że jest bardziej trafiony w obiektywnym oglądzie.
Sposób patrzenia na świat pomaga w osiągnięciu szczęścia. Dlatego uczę się narracji. Wierzę, że szczęśliwi są wyłącznie dobrzy narratorzy - ludzie, którzy potrafią przekonać siebie do świata i do własnego w nim miejsca. Nic w rzeczywistości nawet nie ociera się o doskonałość. Doskonałość jest tylko w głowie. Jeśli coś istnieje tylko w wyobraźni, to dlaczego czujemy pokusę poruszania się w rzeczywistości? Potrzeba dużo dobrej woli, żeby błądząc po niej wymyślić sens. Wymyślić, bo przecież nie da się znaleźć czegoś, co nie istnieje, nawet przypadkowo. Dlatego wierzę, że prawdziwe życie jest w głowie. Sprawa się komplikuje, kiedy wziąć pod uwagę, że inni też mają życie w głowie i że nasze wyobrażenia są od ich wyobrażeń zależne - o ich myślach nie wiemy nic na pewno, musimy więc w naszym wewnętrznym życiu rozważać wielką zewnętrzną niewiadomą albo zignorować ją i żywić się iluzją. Głowa jest domem nie tylko dla rzeczywistości (sumy zawartości głów wszystkich ludzi), ale i ułudy.
W przyszłości nie poznam wielu ludzi, ominą mnie setki doświadczeń, nie przeczytam bezmiaru zachwycających poematów, do moich uszu nawet nie zbliżą się dźwięki miriady pięknych kompozycji, a z tego co pozostanie mój umysł i tak będzie musiał utkać spójną całość. Nie mam poczucia straty. Już się pogodziłem, że tak wiele nie będzie mi dane. Mimo to, ta ociupina życia, która mnie dotyka, porusza mnie dogłębnie. I tylko smutno mi na myśl, że życie jest takie jednostkowe. Nie dlatego, że boję się samotności - indywidualizm to po prostu jedyna cecha życia, z którą na razie pojednać się nie potrafię. Moja wędrówka nie jest moja, jeśli nie ma na niej innych. Jednocześnie wiem, że chociaż nasze ścieżki się krzyżują, inni kroczą własną drogą.
Ale nawet to staje się znośne, kiedy pomyślę, że odrębność osobowa nie jest mniej ludzka niż wspólnota. Nie jestem robotem i nie chcę nim być. Dawniej przejmowałem się bardzo opinią ludzi, wszystkich ludzi - znanych mi i mi nieznanych. Chciałem wyglądać w ich oczach tak jak w swoich przywidzeniach, strzegąc prawdy, którą uważałem za swoją najskrytszą tajemnicę. Bo z prawdą nie zawsze się zgadzam, ale ponad wszystko wierzę, że należy do prawdy dążyć. Aż zrozumiałem, że tą wiarą mogę się dzielić. Że prawda mnie nie ogranicza i tylko ona jest w stanie zbudować z ludźmi relacje, których poszukuję. Że chcę, żeby zaakceptowano mnie, nie wymyślone przeze mnie postaci. Że człowiekiem chcę być, nie ideałem. Bo ludzi szukam, nie pomników. Chcę odczuwać ból i smutek, tak samo jak upajającą radość. Chcę tęsknić za niemożliwym. Jeśli to wymaga przyznania się do słabości, nie będę od tego uciekał. Nie boję się słabości, bo kiedy opanować narrację, nietrudno zobaczyć w niej siłę.
Świetną przeciwwagą dla słabości wydaje się być smiertelność. Wymusza stawianie kroków, które pragniemy wykonać, pozwala wyeliminować z obszaru zainteresowań nieistotne zachcianki. Wskazuje cele, do których dążymy, a na które nie starczy nam czasu. Otwiera przed nami przestrzeń - niezmierzoną i niepewną, ale jednak możliwą do zagospodarowania. Pozwala nadać znaczenie wydarzeniom, które w kontekście wieczności nie znaczą. I tylko jej konsekwencja - śmierć - sprawia wrażenie niepowołanej, bo zabiera to, na czego utratę przygotowywaliśmy się, ale czego zostaliśmy pozbawieni nieprzygotowani. Wprawia w przygnębienie, bo uświadamia, że ile by nie myśleć, jak bardzo by nie próbować, pozostajemy wobec jej działań bezsilni. Siłę musimy czerpać z wiary, z tego, co w głowie - aż do końca, do uwolnienia się ze szponów niedoskonałego pięknego życia, dbając również o to, żeby pozostawić jak najwięcej wiary w głowie innych, żeby mogli sobie to wszystko poukładać i uwierzyli, że potrafią być szczęśliwi.
Zastanawiałem się kiedyś, co należy zrobić z majątkiem, który pozostaje po zmarłym. Czy powinien przypaść bliskim, może wesprzeć potrzebujących? Czy w ogóle powinniśmy mieć możliwość decydowania, co się stanie po naszej śmierci? Na razie dysponowanie majątkiem jest możliwe. W końcu dla prawników testament to papierek, który steruje zgromadzonym kapitałem. Ale zmarły pozostawia po sobie spadek znacznie cenniejszy - od kontroli finansowych organów nadzorujących niezależny. Dla mnie moim testamentem są słowa - powyższe, setki wcześniejszych i te, które jeszcze nie padły. I coś od słów jeszcze bardziej nieuchwytnego - uczucia, których nie zostawiłem dla siebie, lecz przekazałem innym. A tak wiele ich pozostawiłem dla siebie! Żałuję, bo znikną wraz ze mną. Ale to mój wybór, taki zredagowałem testament, bo takim byłem człowiekiem - nie ze wszystkiego, co we mnie, potrafiłem zrobić użytek. Może to dobrze, że nie skończyłem jeszcze pisać.
Bom dia.
Sposób patrzenia na świat pomaga w osiągnięciu szczęścia. Dlatego uczę się narracji. Wierzę, że szczęśliwi są wyłącznie dobrzy narratorzy - ludzie, którzy potrafią przekonać siebie do świata i do własnego w nim miejsca. Nic w rzeczywistości nawet nie ociera się o doskonałość. Doskonałość jest tylko w głowie. Jeśli coś istnieje tylko w wyobraźni, to dlaczego czujemy pokusę poruszania się w rzeczywistości? Potrzeba dużo dobrej woli, żeby błądząc po niej wymyślić sens. Wymyślić, bo przecież nie da się znaleźć czegoś, co nie istnieje, nawet przypadkowo. Dlatego wierzę, że prawdziwe życie jest w głowie. Sprawa się komplikuje, kiedy wziąć pod uwagę, że inni też mają życie w głowie i że nasze wyobrażenia są od ich wyobrażeń zależne - o ich myślach nie wiemy nic na pewno, musimy więc w naszym wewnętrznym życiu rozważać wielką zewnętrzną niewiadomą albo zignorować ją i żywić się iluzją. Głowa jest domem nie tylko dla rzeczywistości (sumy zawartości głów wszystkich ludzi), ale i ułudy.
W przyszłości nie poznam wielu ludzi, ominą mnie setki doświadczeń, nie przeczytam bezmiaru zachwycających poematów, do moich uszu nawet nie zbliżą się dźwięki miriady pięknych kompozycji, a z tego co pozostanie mój umysł i tak będzie musiał utkać spójną całość. Nie mam poczucia straty. Już się pogodziłem, że tak wiele nie będzie mi dane. Mimo to, ta ociupina życia, która mnie dotyka, porusza mnie dogłębnie. I tylko smutno mi na myśl, że życie jest takie jednostkowe. Nie dlatego, że boję się samotności - indywidualizm to po prostu jedyna cecha życia, z którą na razie pojednać się nie potrafię. Moja wędrówka nie jest moja, jeśli nie ma na niej innych. Jednocześnie wiem, że chociaż nasze ścieżki się krzyżują, inni kroczą własną drogą.
Ale nawet to staje się znośne, kiedy pomyślę, że odrębność osobowa nie jest mniej ludzka niż wspólnota. Nie jestem robotem i nie chcę nim być. Dawniej przejmowałem się bardzo opinią ludzi, wszystkich ludzi - znanych mi i mi nieznanych. Chciałem wyglądać w ich oczach tak jak w swoich przywidzeniach, strzegąc prawdy, którą uważałem za swoją najskrytszą tajemnicę. Bo z prawdą nie zawsze się zgadzam, ale ponad wszystko wierzę, że należy do prawdy dążyć. Aż zrozumiałem, że tą wiarą mogę się dzielić. Że prawda mnie nie ogranicza i tylko ona jest w stanie zbudować z ludźmi relacje, których poszukuję. Że chcę, żeby zaakceptowano mnie, nie wymyślone przeze mnie postaci. Że człowiekiem chcę być, nie ideałem. Bo ludzi szukam, nie pomników. Chcę odczuwać ból i smutek, tak samo jak upajającą radość. Chcę tęsknić za niemożliwym. Jeśli to wymaga przyznania się do słabości, nie będę od tego uciekał. Nie boję się słabości, bo kiedy opanować narrację, nietrudno zobaczyć w niej siłę.
Świetną przeciwwagą dla słabości wydaje się być smiertelność. Wymusza stawianie kroków, które pragniemy wykonać, pozwala wyeliminować z obszaru zainteresowań nieistotne zachcianki. Wskazuje cele, do których dążymy, a na które nie starczy nam czasu. Otwiera przed nami przestrzeń - niezmierzoną i niepewną, ale jednak możliwą do zagospodarowania. Pozwala nadać znaczenie wydarzeniom, które w kontekście wieczności nie znaczą. I tylko jej konsekwencja - śmierć - sprawia wrażenie niepowołanej, bo zabiera to, na czego utratę przygotowywaliśmy się, ale czego zostaliśmy pozbawieni nieprzygotowani. Wprawia w przygnębienie, bo uświadamia, że ile by nie myśleć, jak bardzo by nie próbować, pozostajemy wobec jej działań bezsilni. Siłę musimy czerpać z wiary, z tego, co w głowie - aż do końca, do uwolnienia się ze szponów niedoskonałego pięknego życia, dbając również o to, żeby pozostawić jak najwięcej wiary w głowie innych, żeby mogli sobie to wszystko poukładać i uwierzyli, że potrafią być szczęśliwi.
Zastanawiałem się kiedyś, co należy zrobić z majątkiem, który pozostaje po zmarłym. Czy powinien przypaść bliskim, może wesprzeć potrzebujących? Czy w ogóle powinniśmy mieć możliwość decydowania, co się stanie po naszej śmierci? Na razie dysponowanie majątkiem jest możliwe. W końcu dla prawników testament to papierek, który steruje zgromadzonym kapitałem. Ale zmarły pozostawia po sobie spadek znacznie cenniejszy - od kontroli finansowych organów nadzorujących niezależny. Dla mnie moim testamentem są słowa - powyższe, setki wcześniejszych i te, które jeszcze nie padły. I coś od słów jeszcze bardziej nieuchwytnego - uczucia, których nie zostawiłem dla siebie, lecz przekazałem innym. A tak wiele ich pozostawiłem dla siebie! Żałuję, bo znikną wraz ze mną. Ale to mój wybór, taki zredagowałem testament, bo takim byłem człowiekiem - nie ze wszystkiego, co we mnie, potrafiłem zrobić użytek. Może to dobrze, że nie skończyłem jeszcze pisać.
Bom dia.