wtorek, 23 października 2012

Testament

Kiedy byłem w Portugalii, nie mogłem przyzwyczaić się do używania „bom dia” zarówno na powitanie jak i na pożegnanie. Wydawało mi się to nienaturalne, dopóki nie usłyszałem z ust trzecich uwagi o umykającej dotychczas mojej uwadze niezręczności w polskich formułkach grzecznościowych. O ile „dzień dobry” pozostaje sympatycznie neutralne, to „do widzenia” sugeruje już, że owocnego czasu rozmówca nie uświadczy bez naszego ponownego udziału. Tymczasem, w wypadku „bom dia” nie trzeba się nawet zastanawiać, co powiedzieć napotkanej osobie, która właśnie przybyła, podczas gdy my sami opuszczamy miejsce spotkania. Po zmianie perspektywy portugalski zwyczaj wydaje mi się znacznie łatwiej przyswajalny, a nawet dostrzegam, że jest bardziej trafiony w obiektywnym oglądzie.

Sposób patrzenia na świat pomaga w osiągnięciu szczęścia. Dlatego uczę się narracji. Wierzę, że szczęśliwi są wyłącznie dobrzy narratorzy - ludzie, którzy potrafią przekonać siebie do świata i do własnego w nim miejsca. Nic w rzeczywistości nawet nie ociera się o doskonałość. Doskonałość jest tylko w głowie. Jeśli coś istnieje tylko w wyobraźni, to dlaczego czujemy pokusę poruszania się w rzeczywistości? Potrzeba dużo dobrej woli, żeby błądząc po niej wymyślić sens. Wymyślić, bo przecież nie da się znaleźć czegoś, co nie istnieje, nawet przypadkowo. Dlatego wierzę, że prawdziwe życie jest w głowie. Sprawa się komplikuje, kiedy wziąć pod uwagę, że inni też mają życie w głowie i że nasze wyobrażenia są od ich wyobrażeń zależne - o ich myślach nie wiemy nic na pewno, musimy więc w naszym wewnętrznym życiu rozważać wielką zewnętrzną niewiadomą albo zignorować ją i żywić się iluzją. Głowa jest domem nie tylko dla rzeczywistości (sumy zawartości głów wszystkich ludzi), ale i ułudy.

W przyszłości nie poznam wielu ludzi, ominą mnie setki doświadczeń, nie przeczytam bezmiaru zachwycających poematów, do moich uszu nawet nie zbliżą się dźwięki miriady pięknych kompozycji, a z tego co pozostanie mój umysł i tak będzie musiał utkać spójną całość. Nie mam poczucia straty. Już się pogodziłem, że tak wiele nie będzie mi dane. Mimo to, ta ociupina życia, która mnie dotyka, porusza mnie dogłębnie. I tylko smutno mi na myśl, że życie jest takie jednostkowe. Nie dlatego, że boję się samotności - indywidualizm to po prostu jedyna cecha życia, z którą na razie pojednać się nie potrafię. Moja wędrówka nie jest moja, jeśli nie ma na niej innych. Jednocześnie wiem, że chociaż nasze ścieżki się krzyżują, inni kroczą własną drogą.

Ale nawet to staje się znośne, kiedy pomyślę, że odrębność osobowa nie jest mniej ludzka niż wspólnota. Nie jestem robotem i nie chcę nim być. Dawniej przejmowałem się bardzo opinią ludzi, wszystkich ludzi - znanych mi i mi nieznanych. Chciałem wyglądać w ich oczach tak jak w swoich przywidzeniach, strzegąc prawdy, którą uważałem za swoją najskrytszą tajemnicę. Bo z prawdą nie zawsze się zgadzam, ale ponad wszystko wierzę, że należy do prawdy dążyć. Aż zrozumiałem, że tą wiarą mogę się dzielić. Że prawda mnie nie ogranicza i tylko ona jest w stanie zbudować z ludźmi relacje, których poszukuję. Że chcę, żeby zaakceptowano mnie, nie wymyślone przeze mnie postaci. Że człowiekiem chcę być, nie ideałem. Bo ludzi szukam, nie pomników. Chcę odczuwać ból i smutek, tak samo jak upajającą radość. Chcę tęsknić za niemożliwym. Jeśli to wymaga przyznania się do słabości, nie będę od tego uciekał. Nie boję się słabości, bo kiedy opanować narrację, nietrudno zobaczyć w niej siłę.

Świetną przeciwwagą dla słabości wydaje się być smiertelność. Wymusza stawianie kroków, które pragniemy wykonać, pozwala wyeliminować z obszaru zainteresowań nieistotne zachcianki. Wskazuje cele, do których dążymy, a na które nie starczy nam czasu. Otwiera przed nami przestrzeń - niezmierzoną i niepewną, ale jednak możliwą do zagospodarowania. Pozwala nadać znaczenie wydarzeniom, które w kontekście wieczności nie znaczą. I tylko jej konsekwencja - śmierć - sprawia wrażenie niepowołanej, bo zabiera to, na czego utratę przygotowywaliśmy się, ale czego zostaliśmy pozbawieni nieprzygotowani. Wprawia w przygnębienie, bo uświadamia, że ile by nie myśleć, jak bardzo by nie próbować, pozostajemy wobec jej działań bezsilni. Siłę musimy czerpać z wiary, z tego, co w głowie - aż do końca, do uwolnienia się ze szponów niedoskonałego pięknego życia, dbając również o to, żeby pozostawić jak najwięcej wiary w głowie innych, żeby mogli sobie to wszystko poukładać i uwierzyli, że potrafią być szczęśliwi.

Zastanawiałem się kiedyś, co należy zrobić z majątkiem, który pozostaje po zmarłym. Czy powinien przypaść bliskim, może wesprzeć potrzebujących? Czy w ogóle powinniśmy mieć możliwość decydowania, co się stanie po naszej śmierci? Na razie dysponowanie majątkiem jest możliwe. W końcu dla prawników testament to papierek, który steruje zgromadzonym kapitałem. Ale zmarły pozostawia po sobie spadek znacznie cenniejszy - od kontroli finansowych organów nadzorujących niezależny. Dla mnie moim testamentem są słowa - powyższe, setki wcześniejszych i te, które jeszcze nie padły. I coś od słów jeszcze bardziej nieuchwytnego - uczucia, których nie zostawiłem dla siebie, lecz przekazałem innym. A tak wiele ich pozostawiłem dla siebie! Żałuję, bo znikną wraz ze mną. Ale to mój wybór, taki zredagowałem testament, bo takim byłem człowiekiem - nie ze wszystkiego, co we mnie, potrafiłem zrobić użytek. Może to dobrze, że nie skończyłem jeszcze pisać.

Bom dia.

sobota, 6 października 2012

Pan Janek, bezpieczeństwo, drogowskazy

- Jak tam w szkole?
- Dobrze, jak to na początku. A u Pana?
- Ano, wyniki mam jak u młodzika, dobre jedzenie mi tu gotują. Czego chcieć więcej?


Niesamowitą goryczą mi to zdanie posmakowało. Nawet jeśli nie podejrzewam pana Janka o cięty język. Pan Janek siedzi w pokoju i odpoczywa. Wyjdzie do kuchni, łazienki i wraca odpoczywać. Czasami przed telewizorem, innym razem w ciszy. Czasami porozmawia z ludźmi, którzy rozumieją jego zdania pod względem gramatycznym, ale nie słyszą w nich człowieka albo tylko im się wydaje, że go odczytują. Jest dla nich kimś, kim nie chcą być, nawet nie potrafią sobie wyobrazić siebie w takim stanie. Też bywają samotni, ale nie taką samotnością. Obawiają się o swoją fizyczność, ale na razie zaprząta ona wyłącznie ich głowę. Myślą, że życie przed nimi, dla nich, podejmują decyzje w oparciu o swoje interesy, bo później nie chcą żałować przed sobą. Ale kiedy zbliżą się do wieku pana Janka, może nawet znacznie wcześniej, uznają, że żyje się dla innych i tylko dla innych. Że warto dążyć do samodzielności, nigdy do samowystarczalności. Kierowanie się ku samowystarczalności to próba samobójcza. Bo chociaż tak mocno wielbimy siebie, znacznie bardziej tęsknimy za bliskością.

---

W „Dużym Formacie” przeczytałem wczoraj artykuł o Leonie i Tommym. W pewnym uproszczeniu: Leona lubiła przyrodę, Tommy lubił się pieprzyć, więc kiedy się poznali, postanowili się bzykać na łonie natury. Zresztą nie tylko tam. Zdarzyło im się budować crescendo na koncertowej scenie, a w którymś momencie wtargnęli również nadzy na mszę i zaczęli składać ofiarę cielesną na ołtarzu, dopóki nie wynieśli ich ministranci. Swoje ideologiczne wygibasy zaczęli nagrywać i publikować, zachęcając innych do pójścia w ich ślady (z ewentualną zmianą krzaczka). Ideologiczne, bo to wszystko dla ratowania lasów - zyski ze sprzedaży pornoli poszły na zagrożone puszcze.

Pewnie coś pominąłem, ale istota problemu została zachowana. Zastanawiam się od czasu do czasu, co należałoby zrobić ze swoim życiem. I okazjonalnie trafiam na ludzi, którzy inspirują, jak parka z powyższej historii. Zdarza mi się myśleć szablonowo: teraz wykształcenie, później robota, rodzina, raz do roku urlop, gdzieś po drodze śmierć. I wszystko pięknie, ale mało tu miejsca, żeby się wykazać. Tymczasem tyle jest okazji, żeby rzucić się w alternatywę, perwersję, wydeptać ścieżki nieuczęszczane. Mimo to, prawie każdy z nas pójdzie w standard, ryzykiem nazywając porzucenie nielubianej pracy lub nocną eskapadę pociągiem. Mało tutaj ekscytacji, nie dajemy sobie na nią szansy. Dreszczyk emocji przynosi dopiero zagrożenie życia, które nam przypomina o istnieniu. A po takim przeżyciu jeszcze łatwiej wrócić do rutyny, bezpieczeństwa. Bo zazwyczaj chcemy żyć, mimo wszystko, choćby wszystko w gównianych barwach się prezentowało.

---

Na czym polega fenomen dni dobrych i złych? Czasami się przeplatają, kiedy indziej następują seriami. Dlaczego? To nie wina niesprzyjających okoliczności. Niektóre dni bolą neutralnością. Bywa, że słońce pozwala zapomnieć o fatalnym położeniu. Bywa, że nic nie pomoże - mamy dość. Wszystkiego, nawet ludzi, którzy próbują wytłumaczyć nam, dlaczego mamy dość. I czekamy z utęsknieniem na moment, kiedy będziemy mieli dość postawy „mam dość”.

To logiczne, że apatię próbujemy zwalczać aktywnością. Ale co, jeśli apatia nie jest nam obojętna? Jeśli cenimy również jej zalety i pomimo świadomości, że generalnie nam szkodzi, na tyle jesteśmy do niej przywiązani, że odrzucić jej nie sposób? Czy tak samo nie jest z aktywnością? Przywykli do niej, źle nam, kiedy ustanie. Czy przyzwyczajenie nie jest kluczową składową definicji życia? Może dni dobre i złe odczuwamy w ten sposób wyłącznie przez nawyk określonego sposobu patrzenia, przetwarzania, myślenia? Czujemy się nieswojo wśród ludzi, którzy udowadniają, że może być inaczej. A to właśnie oni często stają się naszymi drogowskazami, bez których dreptalibyśmy w miejscu, w zupełnym otępieniu, nawet tego nieświadomi.

środa, 3 października 2012

Blef

Wewnętrzna walka jest od walki ze światem znacznie trudniejsza. To, co zewnętrzne łatwo zdefiniować. W walce wewnętrznej sztuką jest opowiedzieć się po stronie, bo też nie wiadomo, co się reprezentuje. I tak największe sukcesy buduje się na blefie, że jest się do czegoś przekonanym. Na drodze niezdecydowanego tyle przeszkód się piętrzy i o zadowolenie, choćby tymczasowe, niełatwo. A jednak nie wydaje się, żeby życie usłane różami bardziej wartościowe było od tułaczki. Bo tułaczkę też można podpierać blefami - że poszukiwanie niesie w sobie jakąś cnotę, że myślenie pozwala żyć w zgodzie ze sobą.

A później przychodzi parę chwil magicznych i o zagubieniu się zapomina. Tylko po to, żeby powrót do poprzedniego stanu umysłu był bardziej bolesny. W tym położeniu chwyta się rzeczy znanych, usiłuje się odzyskać orientację. A kiedy znane odrzuca obcością niespodziewaną, trzeba szukać nowych punktów zaczepienia. Z kryzysu znowu pomaga wyjść blef - że nowe jest dobre i szukać trzeba nieustannie, bo tak już jest.

Co pomaga przejść do następnego dnia? Zatracenie się w teraźniejszości lub ucieczka w wyobrażenie przyszłości. Powrót do przeszłości, choćby idealnej, tylko ból przynosi. Jest i alternatywa, zanurzenie się w teraźniejszości fantastycznej - w fabułach, obrazach, dźwiękach. To mnie pcha ku muzyce - potrzeba czucia, że życie płynie i nie jest tylko iluzją, którą wydaje się przyszłość i zwykła teraźniejszość.

Powoli zaczynam rozumieć, że bycie najbardziej zadowoloną osobą w towarzystwie pociąga za sobą bycie najbardziej nieszczęśliwym istnieniem w samotności. Ale wyparcie się smutnego odosobnienia byłoby kłamstwem nie wobec siebie, a życia samego. Lepiej wrócić do blefu bezpiecznego - niech tak będzie, bo tak już jest.