Jest czas w życiu dziecka, kiedy zadaje wiele pytań. Nie pamiętam, czy byłem dzieckiem, które miało dużo wątpliwości. Pamiętam jednak, że zadałem kiedyś takie pytanie: Mamo, po co się żyje? Nie wiem, czy inne dzieci w wieku 4-5-6 lat miały podobną potrzebę wiedzy. Wiem, że minęło kilkanaście lat i nadal nie znalazłem satysfakcjonującej odpowiedzi i nadal to pytanie zadaję (najczęściej sobie).
To nie tak, że nic mi nie przychodzi do głowy. Mam kilka koncepcji, ale żadna z nich nie góruje na razie nad pozostałymi tak wyraźnie, żeby uznać ją za obowiązującą. Filozofowie potrafią całe życie rozważać tę i podobne kwestie. Wydaje mi się, że też mam taką inklinację, chociaż za filozofa nigdy się nie uważałem i nadal nie uważam. Można wprawdzie żyć bez odpowiadania, ale to cholernie drażniące. W takim razie: po co?
Można: dla siebie, dla innych, dla istoty nadprzyrodzonej, dla zrealizowania planu, ze strachu przed śmiercią lub dlatego, że nic innego nie przychodzi do głowy. Każdy powód na swój sposób uzasadniony. Najbliżej mi na razie do poglądu, że żyje się dla innych. Ale to grząski grunt, bo kiedyś może się okazać, że inni nie żyli dla nas, a wtedy dużo łatwiej o przezwyciężenie strachu przed śmiercią.
Dla siebie? Chyba nie da się żyć dla siebie bez uwzględnienia pozostałych ludzi. Przecież własne samolubstwo i osiągnięty w nim sukces trzeba do czegoś odnosić - najłatwiej do samolubstwa i zapatrzenia w siebie innych. Jeżeli wypadamy korzystnie w tym zestawieniu, super, zrealizowaliśmy się. A teraz pora do piachu. Na pewno będą nas mile wspominać.
Co do Boga, już kilka razy się wypowiadałem na ten temat. Nadmienię tylko, że cała sprawa istnienia Boga lub jego nieistnienia i tematy pokrewne są moim zdaniem niepotrzebnie wyolbrzymione. Może dziwne to nawiązanie, ale podobnie jest z piciem lub niepiciem alkoholu. Niektórzy przywiązują do tego dużą wagę albo przynajmniej ich zachowanie to sugeruje. Dla mnie to niedorzeczne, żeby kogoś oceniać w szerszym kontekście ze względu na te dwa czynniki. Dlaczego kierować się właśnie nimi przy patrzeniu na człowieka? Nie mówię, że to jedyne względy, ani nawet najważniejsze, ale i tak zajmują zdecydowanie za wysoką pozycję w hierarchii klasyfikowania ludzi. Właściwe to dla obecnych czasów, ale wszystko się zmienia.
Pozostały: realizacja zamierzeń albo brak innych pomysłów. Nazwanie celu i dążenie do jego zrealizowania, to szlachetne. Potrzebna tylko świadomość, że w momentach decydujących o spełnieniu lub porażce, trzeba wyzbyć się wszystkich innych zobowiązań i iść konsekwentnie obraną ścieżką. Ale do tego trzeba mieć pełne przekonanie o słuszności podjętej dawniej decyzji. Przeszkody można mnożyć, ale przecież czekają na nas wszędzie. Bez przeszkód chyba już naprawdę należałoby żyć tylko ze względu na brak innych pomysłów.
Thom Yorke śpiewa:
I'm not living
I'm just killing time
Może nie należy tych czynności sobie przeciwstawiać? Może życie to zabijanie czasu? Wybieramy (i to nie zawsze) jedynie, w jaki sposób. Powyższe słowa pojawiają się oczywiście w utworze o miłości. Miłość dobra rzecz, przynosi krztynę radości (i kilka razy więcej bólu), pytania o sens życia tłumi. Podnosi pytania inne, z pozoru znacznie prostsze, ale irytujące, bo o odpowiedzi w tym wypadku znacznie trudniej. Może na uspokojenie wystarczy zatem dobre pytanie:
Life is sad
Life is a bust
All ya can do is do what you must
You do what you must do and ya do it well
I’ll do it for you, honey baby
Can’t you tell?
To nie tak, że nic mi nie przychodzi do głowy. Mam kilka koncepcji, ale żadna z nich nie góruje na razie nad pozostałymi tak wyraźnie, żeby uznać ją za obowiązującą. Filozofowie potrafią całe życie rozważać tę i podobne kwestie. Wydaje mi się, że też mam taką inklinację, chociaż za filozofa nigdy się nie uważałem i nadal nie uważam. Można wprawdzie żyć bez odpowiadania, ale to cholernie drażniące. W takim razie: po co?
Można: dla siebie, dla innych, dla istoty nadprzyrodzonej, dla zrealizowania planu, ze strachu przed śmiercią lub dlatego, że nic innego nie przychodzi do głowy. Każdy powód na swój sposób uzasadniony. Najbliżej mi na razie do poglądu, że żyje się dla innych. Ale to grząski grunt, bo kiedyś może się okazać, że inni nie żyli dla nas, a wtedy dużo łatwiej o przezwyciężenie strachu przed śmiercią.
Dla siebie? Chyba nie da się żyć dla siebie bez uwzględnienia pozostałych ludzi. Przecież własne samolubstwo i osiągnięty w nim sukces trzeba do czegoś odnosić - najłatwiej do samolubstwa i zapatrzenia w siebie innych. Jeżeli wypadamy korzystnie w tym zestawieniu, super, zrealizowaliśmy się. A teraz pora do piachu. Na pewno będą nas mile wspominać.
Co do Boga, już kilka razy się wypowiadałem na ten temat. Nadmienię tylko, że cała sprawa istnienia Boga lub jego nieistnienia i tematy pokrewne są moim zdaniem niepotrzebnie wyolbrzymione. Może dziwne to nawiązanie, ale podobnie jest z piciem lub niepiciem alkoholu. Niektórzy przywiązują do tego dużą wagę albo przynajmniej ich zachowanie to sugeruje. Dla mnie to niedorzeczne, żeby kogoś oceniać w szerszym kontekście ze względu na te dwa czynniki. Dlaczego kierować się właśnie nimi przy patrzeniu na człowieka? Nie mówię, że to jedyne względy, ani nawet najważniejsze, ale i tak zajmują zdecydowanie za wysoką pozycję w hierarchii klasyfikowania ludzi. Właściwe to dla obecnych czasów, ale wszystko się zmienia.
Pozostały: realizacja zamierzeń albo brak innych pomysłów. Nazwanie celu i dążenie do jego zrealizowania, to szlachetne. Potrzebna tylko świadomość, że w momentach decydujących o spełnieniu lub porażce, trzeba wyzbyć się wszystkich innych zobowiązań i iść konsekwentnie obraną ścieżką. Ale do tego trzeba mieć pełne przekonanie o słuszności podjętej dawniej decyzji. Przeszkody można mnożyć, ale przecież czekają na nas wszędzie. Bez przeszkód chyba już naprawdę należałoby żyć tylko ze względu na brak innych pomysłów.
Thom Yorke śpiewa:
I'm not living
I'm just killing time
Może nie należy tych czynności sobie przeciwstawiać? Może życie to zabijanie czasu? Wybieramy (i to nie zawsze) jedynie, w jaki sposób. Powyższe słowa pojawiają się oczywiście w utworze o miłości. Miłość dobra rzecz, przynosi krztynę radości (i kilka razy więcej bólu), pytania o sens życia tłumi. Podnosi pytania inne, z pozoru znacznie prostsze, ale irytujące, bo o odpowiedzi w tym wypadku znacznie trudniej. Może na uspokojenie wystarczy zatem dobre pytanie:
Life is sad
Life is a bust
All ya can do is do what you must
You do what you must do and ya do it well
I’ll do it for you, honey baby
Can’t you tell?
Bob Dylan - Buckets of Rain