Z jesienią przychodzi okres zwątpienia. Zaczynam wątpić, że wokół brak sensu. Serio. Jeśli ktoś by mnie zapytał: „czy życie ma sens?”, w normalnych okolicznościach odpowiedziałbym: „gdzież by tam!”. Nikt nie pyta, więc na co dzień zachowuję tę obiekcję dla siebie. Ale dzisiaj jestem bliski stwierdzenia, że to całe nasze życie nie takie zbędne jak się wydaje. Dowód? Czuję się dobrze, chociaż nie ma ku temu powodu. Żeby miewać się źle, też argumentacji brak, ale bywało, że i takie niezdecydowanie mi przeszkadzało. A jeśli mam się już dobrze, to wszystko niekoniecznie czcze. Parę dni się dobrze poczuję, a kiedyś zniknę. Nieoczekiwanie, a może z wyczekiwaniem. I na nagrobku napiszą mi: Syn (Marnotrawny), Mąż (trzykrotnie), Ojciec (biologiczny), Typ Wredny, czasami czuł się dobrze. A ludzie będą wspominać: „to był niesamowity człowiek. Czasami tak po prostu miewał się znośnie”.
Nic nie poprawia mi nastroju tak, jak dobre samopoczucie. Takie pozytywnie błędne koło. Tak się nakręciłem, że wycałuję następną osobę, która wejdzie do pokoju. Monitor na razie zostawię w spokoju, bo ekran brudny i się brzydzę.
Jestem na tyle dobrze usposobiony, że skłonny uwierzyć dziś w to, co pokazują w telewizji, a nawet uznać prawdziwość tekstów w piosenkach pop. Normalnie, jednemu i drugiemu ufam tylko w momentach słabości, kiedy nic innego nie pozostaje. A dzisiaj, cóż, zawierzam Chrisowi Martinowi, który śpiewa do swojego obiadu: „I will try to fix you” (chociaż na Wikipedii wyczytałem, że karkówki nie jada). I bardzo możliwe, że zaraz po barwnym życiu w Los Angeles trafię do nieba, a ona mnie kocha już teraz - na ziemi. W końcu czuję się dobrze, a to afrodyzjak nieporównywalnie lepszy niż chandra. Chwalmy witalność! Viva la Vida (or Death and All His Friends)!
Nic nie poprawia mi nastroju tak, jak dobre samopoczucie. Takie pozytywnie błędne koło. Tak się nakręciłem, że wycałuję następną osobę, która wejdzie do pokoju. Monitor na razie zostawię w spokoju, bo ekran brudny i się brzydzę.
Jestem na tyle dobrze usposobiony, że skłonny uwierzyć dziś w to, co pokazują w telewizji, a nawet uznać prawdziwość tekstów w piosenkach pop. Normalnie, jednemu i drugiemu ufam tylko w momentach słabości, kiedy nic innego nie pozostaje. A dzisiaj, cóż, zawierzam Chrisowi Martinowi, który śpiewa do swojego obiadu: „I will try to fix you” (chociaż na Wikipedii wyczytałem, że karkówki nie jada). I bardzo możliwe, że zaraz po barwnym życiu w Los Angeles trafię do nieba, a ona mnie kocha już teraz - na ziemi. W końcu czuję się dobrze, a to afrodyzjak nieporównywalnie lepszy niż chandra. Chwalmy witalność! Viva la Vida (or Death and All His Friends)!
