sobota, 28 lipca 2012

Pilch, faramuszki, dialogi

Kiedy czytam w księgarni tylną okładkę dowolnie wybranej pozycji, staram się zachować dystans. Wiadomo - wydawca najchętniej eksponuje recenzje pozytywne, nawet jeśli jedyne ciepłe głosy na temat tytułu padły z ust rodziny, wygłaszającej pochlebstwa bardziej z potrzeby ekonomicznej niż ze względu na uznanie dla pracy ojca, babki, przyszywanej ciotki. Zazwyczaj te krótkie charakterystyki nie mówią nic o zawartości, bo ograniczają się do kilku przymiotników, które można z równym powodzeniem zastosować do setek innych publikacji. Niedawno trafiłem na wyjątek - na okładce „Dziennika” Jerzego Pilcha można przeczytać adekwatny opis tego, z czym zetkniemy się w środku: „I jak zwykle u Pilcha – zniewalająca przyjemność czytania”. Niesamowite są teksty Pilcha - właśnie z tego powodu. Nawet jeśli nie mam najmniejszego pojęcia, o czym mówi i tak mam poczucie, że czytam słowa wspaniałego pisarza i ciężko mi się zatrzymać. Efekty jego działania sugerują, że autor świetnie się przy pisaniu bawi, a ja temu czarowi postawić się nie jestem w stanie. W odróżnieniu od bloga (nie czyta się go, tylko pisze) - o Pilchu się nie pisze, Pilcha się czyta.

Żeby sobie od razu zaprzeczyć: „Dzienniki” Pilcha przedstawiane były w odcinkach w „Przekroju”. Czytałem regularnie. Ile tam błahostek było, ile faramuszek, ile pierdół pospolitych. I nigdy poczucia straconego czasu nie doświadczyłem. W ten sposób doszedłem do wniosku, że czynienie z niczego czegoś jest szlachetne na tyle, żeby poświęcać temu wysiłków bezlik. Jedna rzecz powiedzieć mądrość, która oddziałuje na ludzi, a znacznie trudniejsza sztuka nie wybąkać niczego mądrego i wciąż tę myśl przekazać. Przekazywanie treści pozostawiam pisarzom, sam wracam do ecie-pecie, które tyle radości przynosi - jeśli nie odbiorcom, to mnie na pewno.

Po kilkumiesięcznej przerwie miło się mierzyć ponownie z polskimi realiami. Nie żeby dziwniejsze były od innych rzeczywistości, ani lepsze - broń Boże! Dla mnie są jednak wyjątkowe, bo zawsze kiedy świstnie mi myśl, że się do nich przyzwyczaiłem, znowu mnie zaskakują. Aberracje znacznie lepiej smakują mi po polsku - i nawet nie staram się nic na to radzić. Kilka godzin temu byłem przekonany, że forma „podkoszulka” jest błędna. Okazuje się, że od niedawna jest już jednak (nie przez wszystkich) akceptowana jako potoczny zamiennik dla słowa „podkoszulek”. Można powiedzieć z pełnym przekonaniem (i dziką satysfakcją), że „podkoszulka” stała się alternatywą dla „podkoszulka”. Skąd ta „dzika satysfakcja”? Bo chciałbym się dowiedzieć, czy jakiś obcokrajowiec byłby w stanie zrozumieć sens przedostatniego zdania. Mam powody przypuszczać, że nie i elitarnie się czuję (przy okazji mieszając tradycyjny szyk zdania).

Tym, co mnie w Polsce nigdy nie znudzi, będzie bez wątpienia nasz język. Zachwyca mnie, ile potrafię dziennie popełnić błędów, klecąc nieudolnie zdania i nadal wytykać pomyłki innym. Pole do strzelania gaf wydaje się nieograniczone. Udowodnił to wczoraj poseł PSL Eugeniusz Kłopotek (13:20 na zegarze), dla którego forma wołacza od słowa „syn” to „synie”. Polski jest jednak zabawny nie tylko w formach alternatywnych, ale i w poprawności śmiesznostkami stoi. Bo w którym innym języku: używa się „no” jako przytaknięcia? Można stwierdzić, że coś jest „nie tak” bez posądzenia o rozdwojenie jaźni? Albo „tak być nie może” bez podejrzenia o roztrojenie?

Natknąłem się ostatnio na relację z audycji radiowej „Instrukcja obsługi człowieka”. Pani psycholog mówi: „kiedy przychodzi do zwerbalizowania swoich uczuć, ubrania ich w słowa, wielu mężczyzn ma problem. Co innego z paniami”. Zdanie jak zdanie, Pilcha to z niej nie będzie. „Nie należy próbować zmuszać partnera do rozmowy” - yhm - „Nie należy też dopuszczać do zaistnienia problemu, o którym nigdy nie rozmawiamy ze swoim mężczyzną” - to mamy gadać czy nie, pani psycholog? A może przy nadejściu problemu należy się w pokoju rozstać, tak żeby uniknąć najgorszego zła, czyli rozmowy? Na domowej półce z książkami znalazłem inną poradnikową propozycję. Wskazówki tamże jeszcze ciekawsze, ale może wrócę do nich przy następnej okazji. Wspominam o tym, bo odnoszę wrażenie, że przy każdej „konkretnej” poradzie, „naukowcy” odwołują się w tych pracach do tylu wyjątków, że z końcem dojdziemy do wniosku, iż jakakolwiek decyzja będzie na swój sposób słuszna, prawie każde zachowanie można post factum logicznie uzasadnić. Wygląda na to, że w dalszym ciągu przewodnikiem, z którego wyniosłem najwięcej konkretnych informacji jest ten, który zastępował mi elementarz.
 
Od czasu do czasu zdarza mi się spotkać kogoś, z kim wypada pogadać - ze względu na wredną przeszłość, która w którymś momencie skrzyżowała nasze drogi - ale nie ma o czym. Jest to sytuacja o tyle niezręczna, że paradoksalnie obie jednostki dążą do tego samego celu (uniknięcia rozmowy), ale nie mogą sobie w jego realizacji wzajemnie pomagać, a jeśli jedna ze stron będzie do niego dążyć zbyt uporczywie, to istnieje nawet ryzyko, że druga się obrazi. W takie niespodziewane spotkanie trzeba włożyć mnóstwo wysiłku, bo trzeba walczyć nie tylko o pozornie naturalne podtrzymywanie konwersacji, ale też jednocześnie zwracać baczną uwagę na otoczenie w nadziei, że zdarzy się coś, co pomoże bezkolizyjnie wyjść z tego poślizgu. Zazwyczaj rozmowa (po krótkim narzekaniu na życie ogółem) wygasa, kiedy obie strony w sposób widoczny zaczynają poświęcać znacznie więcej uwagi na przyległości niż na rozmówcę. W świetle powyższego, nie mogę wyjść ze zdziwienia, jak łatwo jest ubezpieczyć się od interakcji z drugim człowiekiem. Na bazie asekuracji towarzyskiej oparte jest funkcjonowanie windy w budynku rektoratu UMCS. Zaraz po wejściu do środka ludzie ustawiają się w kolejce do windy (bo ten byk 15 pięter ma), jednocześnie udając, że są w niej sami, po czym, kiedy dźwig zjedzie na dół, dostrzegają nagle towarzyszy, każdy do każdego mówi: „dzień dobry”, na kilkanaście sekund zapada grobowa cisza, dopóki ktoś nie przybędzie lub kogoś nie zabraknie, a wtedy wszyscy wszystkich pozdrawiają kolejnym „dzień dobry” lub „do widzenia”. Tymi krótkimi frazami ujarzmia się kompanów i tworzy pożądany dystans, tak, aby, Niebiosa Drogie, nie doszło do jakiejś przyjacielskiej wymiany zdań.

Dialog bez komentarza:

- Mama, gdzie się podziała para od tej skarpetki?
- A nie leży u ciebie w szufladzie?
- Nie, te w szufladzie już mają parę.

Po przyjrzeniu się parze w szufladzie:

- To są dwie różne skarpetki.
- Tak, ale tworzą parę.
- Ale nie pasują do siebie.
- Ta bez pary też do nich nie pasuje.
- Jak nie pasuje?
- No patrz [plastycznie przyrównuję skarpetki].
- Może i nie.
- To co mam z nią teraz zrobić?
- Wrzuć na Fejsa.
- ?!?!?
- No, teraz wszystko się na Fejsie rozstrzyga.

Wylądowało na blogu. Tak z przekory.

wtorek, 24 lipca 2012

Spiritus Movens Unknown

Pierwszy raz od dawna zaczynam pisać, chociaż zupełnie nie mam pomysłu o czym. Może nie jest to najlepsza forma reaktywowania strony, ale styl jej zgonu też pozostawiał sporo do życzenia, a chciałbym zachować ciągłość. Wychodzę ponadto z klasycznej definicji, która mówi, że bloga się nie czyta, tylko pisze. W ostatnich latach założenia uprawiania tej formy twórczości zostały przewartościowane, zepsute bym rzekł. Blogi zaczęły służyć do przekazywania treści, a więc pojawiło się wystarczające wytłumaczenie dla ich istnienia. Kiedyś były niewinne i wyuzdane zarazem. Rozwodziły się nad wszystkim i skupiały na niczym. Do tych ideałów zamierzam nawiązywać w publicznej rozmowie z samym sobą.

Parę tygodni temu zanotowałem, że przypadkowi nie powinno się dawać palca, bo zabierze całą rękę. Zmieniłem zdanie. Teraz przypadkowi nie tylko darowuję kończynę, oddaję się mu w całości. Przypadek jeszcze nigdy mnie nie zawiódł (może dlatego, że nie miałem wobec niego wyartykułowanych oczekiwań).

Kiedy byłem w Portugalii, każda pierdoła wydawała się godna odnotowania. Takie bardziej szlachetne były tamtejsze pierdoły. Pierdoły polskie wydają się zwyczajne. Ale nie studium pierdół jest moim zamierzeniem – podobnie jak żadne inne zresztą.

Dużo się zastanawiam – trochę filozoficznie, trochę leniwie. Ale moje myśli nie robią na mnie wrażenia. Nawet, kiedy w głowie pojawi się coś wartościowego, nie ma komu tego wyrazić.

Wracam do miejsc, które nie są już dla mnie tajemnicą. A cóż jest gorszego, niż oglądać to, co dobrze znane i minione? W równym stopniu przerażają mnie chyba tylko nowości i przyszłość.

Znudzony? Biegnij na wyprzedaż! – to hasło zaobserwowane na jednym z lubelskich billboardów. Nie myślałem, że marketing posunie się aż do autoparodii. Nawet sami sprzedawcy nie raczą nas już szczytnymi wizjami wypraw do centrów handlowych jako czegoś utylitarystycznego – usprawniającego nasze życie. Zakupy – mówią - to tylko jeden ze sposób na zabicie egzystencjalnej nudy. Nie skusiłem się. Swój stan apatii wolę zamieniać na słowa. Nieporadnie i bez sensu, ale na duszy lżej, zamiast w portfelu.